Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sheng. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sheng. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 listopada 2014

2007/2008 Lincang Yunxian Guohan

Jedna z herbaciarni, którą odwiedzałem na targu herbaty w Xi'anie sprowadzała głównie puery i dianhongi od Yunxian Guohan. Już opisywałem jednego z puerów, którego u nich zakupiłem. Zakupiłem również dwa xiaobingi po 100g każdy. Produkt, jako herbata jest dość ciekawy. Problem stanowi jego opakowanie. Ma on bowiem drukowane opakowanie od shu puera, które zostało przebite pieczęcią na shenga. Nabite osobno daty mówią nam też, że herbata została zebrana w kwietniu 2007, a następnie leżakowana przez rok i w październiku 2008 zbita w ciastko - zagadkę dwóch dat akurat rozszyfrowała mi młoda pomocniczka właścicielki herbaciarni. A tak w ogóle to wpis o tej herbacie miałem zrobić już ponad rok temu. Pierwsze zdjęcia i notatki z jej próbowania miałem już w Chinach. Potem jeszcze kilka razy ją piłem (w Chinach i już w Krakowie), ale nigdy nie doszło do finalizacji tego zamiaru. W związku z tym, moja karta pamięci od aparatu jest zapełniona jakąś setką zdjęć z sesji z tym puerem. Oczywiście mam na tyle litości w sobie, że nie będę Was nimi zasypywał.

*Pijąc tą herbatę podczytywałem sobie Junga i słuchałem utworów Docetism, więc dla minimalnego wczucia się proponuję odsłuchanie jednego z utworów:




Na powyższym zdjęciu widać ile zostało mi już z pierwszego z dwóch ciastek


Niestety, fenomen przebitego opakowania sprawia, że nie jestem w stanie powiedzieć więcej o tym ciastku poza to, że jest z okolic Yunxian w Lincang (jak wszystkie produkty tej firmy) oraz, że została zebrana w 2007 i sprasowana w 2008 roku. Numer receptury (utworzonej w 2006), który widnieje nadrukowany na opakowaniu dotyczy niestety shu-cha. Można spekulować, czy użyto tych samych blendów liści do wykonania tego shenga, ale to już tylko sfera domysłów.




Ciastko w przeciwieństwie do zwykłych bingów, jest mocniej zbite. Zawiera dość sporo szypułek. Liście nie są spektakularnie duże na oko.




Udaje mi się wyodrębnić trzy dość zbite kawałki herbaty, które idealnie zmieszczą się w czajniczku. Ostatnio byłem zbyt rozrzutny przy parzeniu herbaty. Jak przekraczałem 8 gram przy młodych shengach, zazwyczaj uzyskiwałem napar o intensywnej goryczce, która co prawda mi nie przeszkadzała, ale już członkowie rodziny nie gustujący w tak mocnych herbatach nie zawsze byli zadowoleni (a jeśli już to z późniejszych parzeń, gdzie pierwsza goryczka już się wypłukała). Zazwyczaj parzę na oko, ale ostatnio postanowiłem sprawdzić jak te proporcje dokładniej wyglądają przy moim czajniku. Od 8 gram, jak już pisałem to zbyt wiele puera na mój czajnik, z kolei odkryłem, że od ok. 6 w dół, to dla mnie zdecydowanie za słaba herbata. Lubię bardzo krótkie parzenia niemal wrzątkiem. Zalewam, wylewam. To kwestia kilku sekund. Zazwyczaj tyle, co zajmuje oblanie yixinga wrzątkiem i czasem przepłukanie czarki. Parzenia zaczynam wydłużać dopiero po jakimś 5 parzeniu. Dlatego też nie lubię dawać zbyt małych porcji, wtedy czas się wydłuża, a czasem można zgubić rachubę.




Herbata jest smaczna i ciekawa. Jedna z tych, co warto polecić w jej cenie. Jeśli mnie pamięć nie myli kupowałem xiaobinga po 30 albo 35 yuanów od sztuki.
Od samego początku wydaje się dość złożona w smaku. Można powiedzieć, że ma delikatną cierpkość - nie jedną z tych intensywnych i ściągających. W smaku kojarzy mi się z surowym drewnem. W barwie jest ciemniejsza od tych, które ostatnio pijałem. Nie ma jakiegoś spektakularnego huigana. Jest słodka w ogóle, ale nie ma tej dominującej słodkości przychodzącej po przełknięciu.




Korzystam z wenxiangbeia po to, by wyciągnąć jak najwięcej z aromatu. Po mocniejszym zaparzeniu wychodzą z niej podwędzane nuty, lekko ziołowe. Pojawiają się skojarzenia z jakimiś cięższymi, niezidentyfikowanymi przyprawami. W późniejszych parzeniach próbuję znaleźć coś bardziej charakterystycznego. Jest w niej coś oryginalnego, ale nie jestem w stanie dojść do tego. Może to smak prażonego ryżu? Coś bliżej, ale nie do końca.




Podsumowując herbata jest porządna. Ma zachęcający, słodki aromat i niebanalny smak. W sumie, gdy się przetrzyma te kilka sekund dłużej pojawiają się u mnie skojarzenia z wędzonym mięsem i jakimiś warzywami korzeniowymi. Czasem w trakcie picia pojawiały się skojarzenia z bulionem, aczkolwiek to nie jest dokładnie to - bardziej chodzi o samą głębię i pełnię smaku.




Po parzeniu widać, że liście są w znacznej mierze duże. Grube i długie szypułki oraz wielkie, ale poprzerywane liście. Troszkę młodszych, mniejszych listków. Minimalna ilość pączków. Widać też, że niektóre z liści już zbrązowiały, a inne mają głęboki ciemny kolor. 

piątek, 7 listopada 2014

2011 Mengku "Mang Fei Gu Shu"

Mógłbym się rozpisywać o kolejnym restarcie bloga, o tym, że wiecznie brak mi czasu (lub jestem po prostu zdezorganizowany i leniwy) oraz wielkich planach by zacząć systematycznie pisać notki, ale lepiej będzie jak przejdę od razu do herbaty.

Jest w mojej szafce jeszcze trochę zakopanych puerów, które zakupiłem przed swoim wyjazdem do Chin i o których w zasadzie zapomniałem. Jedną z takich herbat jest Mengku z 2011, który doszedł do mnie na trochę przed moim wylotem -  na tyle, że nie zdążyłem go wtedy spróbować. Ciastko rozpakowałem jakiś tydzień temu, kiedy stwierdziłem, że mój burdel w szafce z herbatami wymaga przynajmniej minimalnego ogarnięcia.




Jak wskazuje nazwa ciastka, pochodzi ono ze starych (może powinienem zacząć używać nazwy "starodawnych", żeby odróżniać od laoshu i żeby nie brzmiały aż tak pretensjonalnie jak "starożytne", czy "antyczne" drzewa?) drzew (gu shu) z góry Mangfei z Yongde w Yunnanie.
To półkilowe ciastko jest sprasowane tradycyjną metodą, dość luźno. Kilka manewrów nożem wystarczy, by potem palcami ułamać kawałek herbaty, nie uszkadzając przy tym szczególnie liści (które są dość spore, o jasnym kolorze). Widać, że materiał nienajgorszy.




Nie zanotowałem zbyt wiele. Na wejściu jest delikatna, nieagresywna goryczka. Słodki posmak pozostający w ustach. Goryczka kojarzy mi się ze świeżym, niedojrzałym jeszcze orzechem włoskim, z właściwą dla siebie kwaskowatością. Cierpkość ta daje delikatnie ściągający efekt. Nie wysusza ust, pozostawia miły huigan.




Liście, dzięki luźnej strukturze ciastka, są niepołamane, napar przez to jest czysty i przejrzysty, niemal zupełnie bez jakiegokolwiek pyłu. Kolor jasnożółty, złoty - wręcz jesienny. Parzenia idą jedno za drugim, dopiero przy czwartym wyczuwam, że trzymam już za krótko. Przeciągam piąte, uzyskując troszkę więcej cierpkości - za to pojawia się smak świeżych ziaren słonecznika. Szóste, siódme, już wiem, że nic mnie w niej nie zaskoczy. Od ósmej do dziesiątej piję ją, już nie zwracając uwagi na smak.




Liście po parzeniu są ładne, dość młode, gdzieniegdzie da się znaleźć pączki. Niektóre, już ciemniejsze, są delikatne, łatwiej się rozwarstwiają pomiędzy opuszkami palców.




Jest to interesujący shengpu, z którego zakupu jestem zadowolony - ciekawi mnie, jak będzie smakował za kilka lat. Cena zdążyła chyba troszkę podskoczyć, ale na Yunnan Sourcing wciąż można go dostać za jeszcze niewygórowane 31$ (za pół kilo gu shu!). Jest to też miła odmiana po goryczkowatych i tytoniowych xiaguanach, które ostatnio piłem w zbyt dużej ilości.

niedziela, 9 czerwca 2013

Daqin Pagoda i maocha

Kilkanaście stuleci temu do ówczesnej stolicy Chin, Chang'anu przybyła grupa chrześcijańskich pielgrzymów ze wschodniej Syrii. Tutaj zostali znani jako jingjiao 景教 lub nauka z Daqin 大秦 (nazwa na zachodnie krainy - równie dobrze może chodzić o Rzym jak i Persję, w taoizmie nazwa na mistyczną krainę na zachodzie). Niewiele pozostało artefaktów po tej wspólnocie poza paroma oficjalnymi dokumentami, stelami, nagrobkami, a później stertą dokumentów i sutr z Dunhuang, które do dzisiaj ciężko zinterpretować (analogiczny problem do bliższego i bardziej znanego nam Nag Hammadi czy zwojów znad Morza Martwego). Jednak niektórzy uznają, że przetrwała do dziś pagoda Daqin na terenie Luoyang, taoistycznej mekki (legendarne miejsce powstania Daodejing, grób Laozi, święte góry, etc), którą dzisiaj opiekują się buddyjscy mnisi, może być pozostałością po klasztorze nestoriańskim. Ten post będzie więc krótkim reportażem.


Z bratem udaliśmy się do parku Luoyang. Wcześniej próbowałem znaleźć Daqin, ale nie wiedziałem jak tam dotrzeć, a na mapkach okolicy nie było tego widać. Na google maps też ciężko to znaleźć, z tego względu, że zdjęcia są strasznie mało wyraźne, a pagoda jak to pagoda - z lotu ptaka zaledwie kropka. Dodatkowo mylące jest to, że w okolicy pagody powstaje kolejne centrum handlowo-turystyczno-taoistyczne, których w Luoyang jest już kilka, o nazwie właśnie Park Widokowy Daqin. I z prawdziwą Daqin ma tyle wspólnego, że jest oddalony od niej o kilkaset metrów. Gdybym szedł samemu to bym się pogubił przez mylące znaki. Najpierw Daqin zauważyłem z jednego ze szczytów świętej góry. Jak się przyjrzycie to też zauważycie.






Później już tylko po zejściu z góry trzeba było się dopytać jak tam dotrzeć. Niestety większość osób, nawet sklepikarzy, była przejezdna i nie wiedzieli absolutnie o co chodzi. Dodatkowo było niewiele czasu na pieszą wycieczkę, gdyż poza sezonem ostatnie autobusy do Xi'anu odjeżdżają pomiędzy 17 a 18. W końcu udało się znaleźć kierowcę rikszy (trójkołowiec z przyczepką 三轮车), który za 60 kuaiów zgodził się nas zawieść na miejsce, zaczekać na nas i zawieść na przystanek autobusowy. Trasa okazała się oczywiście dłuższa niż sądziłem i, gdybyśmy wybrali się na piechotę, musielibyśmy pewnie szukać noclegu w jakimś taoistycznym klasztorze (tych prawdziwych, wciąż funkcjonujących, gdzie mieszkają mnisi, doliczyłem się trzech - oczywiście turystów tam brak bo są strasznie zapuszczone, a sami Chińczycy wolą chodzić do nowoczesnych mega-kompleksów taoistycznych)


Kierowca zostawił nas na granicy wioski i pokazał drogę przez pole do Daqin.





W środku znajduje się buddyjski ołtarz.




Na zewnątrz, kilkanaście metrów od świątyni, za krzakami znajduje się kopia steli "nestoriańskiej", która w tym momencie jest w Lesie Stel w Xi'anie (beilin 碑林). Zamieszczę jednak kilka informacji o niej na samym końcu. Może wydawać się dziwne, że stela jest tak ciężko zauważalna i szczerze mówiąc musiałem się jej trochę naszukać. Nie było też żadnego oznakowania dotyczącego muzeum "nestoriańskiego", które jest obok pagody i które jest wiecznie zamknięte (coś jak muzeum Mickiewicza w Stambule - mi, jak i żadnemu ze znajomych nie udało się tam wejść, mimo, że powinno być codziennie otwarte). Z tego co dowiadywałem się w internecie mnisi buddyjscy są mało zadowoleni z odwiedzania świątyni przez wycieczki chrześcijan, którzy traktują ją jak chrześcijańską świątynie. Wszelkie informacje wskazują również na to, że żeby wejść do muzeum trzeba "dać w łapę" mnichowi opiekującemu się świątynią. Teoretycznie to 50 kuaiów, ale mój fundusz na tą wyprawę w tym miejscu uległ wyczerpaniu. Z jednej strony można powiedzieć, że dziwne zachowanie mnichów, z drugiej należy się trochę zrozumienia - gdybyśmy pojechali do jakiegoś wiejskiego średniowiecznego kościoła i powiedzieli proboszczowi, że przyszliśmy tylko po to, żeby zobaczyć pozostałości pogańskiego ołtarza w kryptach, to mało prawdopodobne żeby był nam szczególnie przychylny.





Buddyjski mnich raczej zdawał się nas całkowicie zignorować i zachowywał się tak, jakby nas nie było.






Stelę w XVII wieku odkopano w trakcie prac jezuitów. Od razu stała się centrum zainteresowania wielu ludzi, szczególnie misjonarzy (wówczas na całym świecie poszukiwano śladów misji św. Tomasza i Barnaby - doszukiwano się ich obecności na podstawie różnych lokalnych mitów, chociażby o Quetzalcoatlu w Ameryce Południowej). Stela stała się dowodem na wspaniałą epokę chrześcijaństwa w Chinach, kiedy to chrześcijaństwo miało cieszyć się wieloma przywilejami na dworze cesarskim.
Poniżej przedstawię fragment tłumaczenia ze steli "nestoriańskiej" z Daqin:

"Wielebny Aluoben (阿羅本) z królestwa Daqin sprowadził sutry i posągi z ołtarza by pokazać je w Wielkiej Stolicy (Tang). Po dokładnym zapoznaniu się z nauką, która została nam przedstawiona, stwierdzamy, że jest ona tajemnicza i subtelna (妙), oraz 'pozbawiona działania' (wuwei - 無爲). (Po tym jak) przyjrzeliśmy się jej (tej nauki) pierwszemu przodkowi (Chrystusowi) (Stwierdziliśmy) że posiadł on władzę (nad złymi mocami - M. Deeg). Słowa (nauki) są pozbawione zbytecznych objaśnień, a zasady (理) posiadają "zapomnienie sieci" (忘筌, "Oblivion of the Net" - M. Deeg); zbawia żywe stworzenia i jest pożyteczne ludziom - jest więc wskazanym głoszenie jej w krainie (天下 - dosłownie pod Niebem - chodzi o Chiny). Odpowiednie urzędy powinny (być odpowiedzialne) w stołecznym Yining (義寧) wznieść świątynie Daqin, oraz powołać dwudziestu jeden mnichów."*

*tłumaczenie z oryginału w Aneksie w: Saeki, The Nestorian Monument in China, London 1928, z pomocą angielskiego tłumaczenia M. Deeg w: "The 'Brilliant Teaching'. The Rise and Fall of 'Nestorianism' (Jingjiao) in Tang China", Japanese Religions 31(2). Bez niego nie byłbym w stanie przetłumaczyć wielu terminów, gdyż nie znam innych dokumentów o tym charakterze z tej epoki, miałbym też problemy z podziałem wersów)

Ciekawy jest termin wangquan (luźno przetłumaczony przeze mnie jako 'zpomnienie sieci'), gdyż to jeden z terminów chińskich, które ciężko wiernie przełożyć. Żeby to zrozumieć trzeba by było poznać kontekst. Wydaje mi się, że jest to najbardziej zrozumiałe gdy się odniesiemy do tego fragmentu z Zhuangzi:

"Zadaniem sieci jest złapanie ryb,
A kiedy ryby są złapane,
sieć jest zapominana.
Zadaniem potrzasku jest złapanie królika,
A gdy królik jest złapany –
potrzask zostaje zapomniany.
Zadaniem słów jest przenoszenie idei,
A gdy idee zostają uchwycone,
słowa są zapominane.
Gdzież mogę znaleźć tego, który zapomniał słów?
On jest tym, z którym chcę rozmawiać.

– Zhuangzi (莊子), Prawdziwa księga południowego kwiatu, 26,12*

*tekst ze strony: http://www.chiny.pl/yanyu.php

Moim zdaniem, chodziłoby więc o to, że nauka ta zawiera sens, nie posiadając zbędnej formy, która jest przeszkodą w ujęciu treści. Per analogiam można by to odnieść do dzisiejszej tzw. teologii postmodernistycznej (Radical Orthodoxy), która poprzez pre-modernistyczny zwrot stara się uchwycić relacje w świecie zamiast rzeczy, odsłaniając w ten sposób głębszy sens (deeper meaning), którego pozbawiony jest świat w interpretacji modernistycznej (prymat pozytywistycznego podejścia do świata, które prowadzi do reifikacji wszelkich przejawów życia) oraz postmodernistycznej (również redukcja do relacji, jednakże ze względu na relatywny status prawdy, nihilistyczna w konsekwencji). W teologii tej chodzi o doświadczenie życia i świętości, o uczestniczenie w świętości i w ten sposób przebóstwianie swojego bycia (trochę teilhardowskie), o uświęcenie i oświecenie (illuminatio) rozumu, a nie spekulacje, gdzie świętość, objawienie (offenbarung) są li tylko przedmiotem poznania. Teologia przed-nowoczesna (pre-modern) nigdy nie była nauką pozytywną. Ale to moje daleko idące refleksje, które są pewnie wynikiem przepicia herbaty.


...a pisząc tego posta kosztowałem właśnie nabytej miesiąc temu tegorocznej wiosennej maocha (mingqian, ale to nic nadzwyczajnego w Yunnanie, gdzie zbiory zaczynają się nawet w lutym). Zapomniałem skąd pochodzi... hm... wydaje mi się, że Lincang, albo Mengku.




Ładne duże pąki puerowe ledwo się mieszczą do yixinga. 



Bardzo aromatyczna herbata. Zapach jak i cierpkość charakterystyczne dla bardzo młodych puerów. Wyczuwa się w niej ten młodzieńczy wigor. Zapach przywodzi na myśl łąkę, polanę, ale też zapach pól i mokrego zboża. Delikatne chaqi - lekko pobudza, ale nie nosi.




Pączki i listki. Grube szypułki, duże pąki. Listki o silnej strukturze. Jednocześnie bardzo delikatne. Gorzkawe w smaku, ale łatwo je rozgryźć, wręcz rozpływają się w ustach po kilku parzeniach.

niedziela, 16 grudnia 2012

1998 CNNP Menghai Yesheng Qiaomu/ 2001 Yundao Yiwu Dayeqing

Dzisiaj postanowiłem sprawdzić dwie z próbek, które dostałem ostatnio przy zamówieniu na taobao.
Tym razem są to dwie zupełnie różne herbaty, które nie mają raczej żadnych cech wspólnych.


(wybaczcie jakość zdjęcia, zapożyczone ze strony sprzedawcy)



Starsza, z 1998, to kolejna receptura od CNNP, tym razem z liśćmi z dzikich, wolno rosnących (野生), wyysokich drzew (乔木) - jednak nie szczególnie starych. To, że drzewa nie są nadzwyczajnej starości widać już po liściach, szczególnie po parzeniu. Trochę pąków. Liście dość przesuszone. Na stronie sprzedawcy wyraźnie pisze: 干仓. Czyli mamy do czynienia ze znienawidzonym przez wielu dry storage. Dla mnie nic nowego. Jednak nadal sądzę, że dry storage z Kunmingu jest radykalnie różny od tego w Krakowie.


Zapach naparu mało przyjemny. Coś jakby morski, lekko rybny. Kolor ciemno żółty, nieśmiało pomarańczowy. Przez kilka pierwszych parzeń napar mętny.
Pierwsze wrażenie nie jest jakoś nadzwyczajne. Smak prosty, płytki, uh, trochę banalny. Przynajmniej nie smakuje rybą.
Prz kolejnych parzeniach smak wydaje mi się troszkę znajomy... kougan staje się przyjemniejszy. Hmm. Jakby lekko owocowy. Już wiem - kojarzy mi się z porzeczkami, agrestem. Tradycyjnie polskimi owocami z przydomowych ogródków. Szczególnie czarna porzeczka wydaje mi się obecna.
Herbata nie ma prawie w ogóle goryczki. Picie jej stało się przyjemne. Smak niezbyt intensywny, lecz dość wyraźny. Brak cierpkości. Coś jeszcze? Delikatny smak suszonych owoców. Zdecydowanie ich słodycz. Gładka w smaku, nie wysusza gardła. Jej wiek jest nieodczuwalny.



Liście po wyjęciu nie są szczególnie wielkie. Raczej cienkie - ale bez przesady. Obecne są pąki, za to prawie całkowity brak patyczków. Liście też nie wyglądają na szczególnie przestarzałe. Delikatne brązy, raczej bardzo ciemne odcienie zieleni. Aż 13 lat? To musiał być naprawdę niezły dry storage, bo strasznie wolno dojrzewa ta herbata. Przy takim tempie jeszcze drugie tyle lat zanim będzie w kwiecie swego wieku.




Próbka od Yundao z 2001 wydała mi się trochę bardziej interesująca. Może dlatego, że już od pierwszego parzenia smak był znacznie wyraźniejszy.



(znów zdjęcie od sprzedawcy)





Liście większe, dłuższe, widać długie patyczki na pierwszy rzut oka. Również dry storage. Liście pochodzą z wyrosłych drzew z Yiwu - podobno 12 metrów (40 stóp). Środek wiosny. Herbata przechowywana również w warunkach dry strorage. Jak zaznacza sprzedawca, w dobrze wentylowanym magazynie.


 Interesujący aromat wydziela się już po wrzuceniu liści do rozgrzanego, wilgotnego yixinga. Jest pełny i wyraźny. Pierwsze co przychodzi mi na myśl to zioła, lekarstwa.
Smak podobny do aromatu. Jednak z ciekawym zwrotem. Zdecydowany smak wędzonki, mocno wędzonego sera, dojrzewającej szynki.
Delikatny smak popiołu. Delikatny - zdecydowanie nie agresywna popielniczkowatość obecna w niektórych herbatach.
Słodki i przyjemny huigan. Prawie zupełny brak ku - jak w poprzedniej herbacie. Bardzo miłe doznania.

Herbata przyjemna, niezbyt wymagająca, ale nie banalna. Interesująca. Wyciągnąłem z niej 15 parzeń. Optymalna ilość. Można doszukiwać się przy końcu posmaku owoców.



Liście po zaparzeniu wyraźnie większe. Grube, pokryte włoskami. Do tego bardzo ładne, grube, mięsiste patyczki. Kilka pąków - znacznie większych niż te w CNNP. Materiał lepszy. Herbata też ładniej dojrzała przez te 11 lat.



sobota, 1 grudnia 2012

Chacheng na Wenyinnan lu

Na dzisiaj zaplanowałem sobie dwie opcje. Pierwszą z nich była wizyta na Jinkang lu Xi'an Tea Culture Center. Druga to wizyta w Chacheng na Wenyinnan lu, które jest zaledwie trzy przystanki metra ode mnie. Na Jinkang lu jest dobry sklep z puerami Douji po rozsądnej cenie (na taobao nie znajdzie się taniej wliczając przesyłkę), z kolei na Wenyinnan lu znalazłem sklep z puerami od Li Ji i Changning Yiyou, które również są w konkurencyjnej cenie.


Plan dnia podyktowała mi spóźniona pobudka. Żeby dostać się na Jinkang lu potrzeba dwie godziny na przejechanie połowy Xi'anu. Więc musiałbym wstać najpóźniej ok. 10 i wyjść przed 11, żeby dłuższa wyprawa się opłacała. Niestety wstałem o 12, co wszystko skomplikowało. Spędziłem siedem godzin na Wenyinnan lu i obszedłem trzy herbaciarnie.


Od dłuższego czasu we wszystkich herbaciarniach można spotkać kobiety selekcjonujące liście Tie Guan Yin i prażące je na miejscu. Na zdjęciu poniżej prezentuję tak zwaną shicha (湿茶) czyli po prostu "wilgotna herbata", gdyż zawiera jeszcze nadmiar wody/olejków w liściach.






Na zdjęciu jesienny TGY. Cała porcja z gaiwana. Szczerze mówiąc,
tak już post factum, nie wiem jak się te wszystkie liście zmieściły w gaiwanie.


Spróbowałem się dowiedzieć czegoś na temat hong cha z Shaanxi. Cenowo zbliżona do zielonych. Czyli niższe sorty można znaleźć za ok. 200 zł za jin (pół kilo), najwyższe to już półtora tysiąca zł. Oczywiście można znaleźć jeszcze niższe sorty. Raz w herbaciarni (nastawionej na turystów, w jednym z bardziej charakterystycznych miejsc w Xi'anie przy bramie południowej) pokazano mi Zi Yang Mao Jian po 60 zł za jin. Liście były przerażająco marnej jakości. Dzisiaj próbowałem jednego z lepszych sortów (pąk plus litek) i smak był naprawdę interesujący.


Shannan hong cha (陕南红茶) pochodzi z południowego Shaanxi - na co wskazuje bezpośrednio jej nazwa. Jest produkowana w okolicy miasta Ankang (安康), rodzimego miasta "Pani Herbaciarki" :)
Najlepsze liście tej herbaty są z południowej części zbocza gór znajdujących się w regionie Ankang.









Zdjęcia powyżej ukazują najniższy i najwyższy sort tej herbaty. Sprzedawczyni narzekała, że ludzie kupują najlepszej jakości liście w małych ilościach - po 50 i 100 gram. Szczerze mówiąc wcale im się nie dziwię :) Jeśli dobrze zapamiętałem produkuje ją się w bardzo niewielkiej ilości.
Nie mogę w internecie znaleźć informacji o niej. Na taobao znalazłem tylko jedną aukcję, gdzie 100 gram kosztuje 660 yuanów. Na pytanie, czy są jakieś książki na temat herbat w Shaanxi, odpowiedziała, że nie powstała żadna zbiorowa publikacja. Na temat herbaty z Ankang istnieje jakaś publikacja (nie zrozumiałem tylko, czy chodzi o coś większego, czy jakąś wzmiankę) ale tylko obejmująca kwestie kultywacji krzaków - czyli skierowana przede wszystkim do hodowców.






Nie czuję się specem od hong cha i nie jestem jej jakimś szczególnym miłośnikiem, ale ma bardzo przyjemny smak. Odpowiadał mi również jej cierpkość, a jest to dość istotne, gdyż jest to najczęstszy odstraszający mnie element w "czarnych".



 liście po shannan hong cha najniższego sortu


W herbaciarni z Changning Yiyou w znacznej mierze mają shu puery. Jeśli chodzi o shengi wybór nie jest taki wielki. Bingi (365 g) z lao shu cha ye (老树茶叶) kosztują bagatela 85 kuaiów. Cegiełki (zhuang: 250 g) z tego samego materiału to 75 kuaiów. Półkilowe bingi z gushu (古树) to już dwa razy wyższa cena, no ale czego się nie wyda na porządne liście. Niestety herbaciarka nie mogła znaleźć książek od producenta do wydania. Ale z tego co pokazywała drzewa z ich terenów są faktycznie ładne. Wszystkie są z okolic Changning, to jest Baoshan w zachodnim Yunnanie. Standardowe lao shu mają pomiędzy 100-150 lat.

Tak się składa, że ta herbaciarnia ma również najpiękniejszy dobór ceramiki z jingdezhen jaki dotychczas widziałem w jednym miejscu. Absolutny brak taniej tandety, który często można znaleźć w innych sklepach. Chodzi mi przede wszystkim o bardzo często spotykaną szarą grubą porcelaną z pieczęciowym drukiem, która ma uchodzić za ręcznie malowaną. Przy czym przynajmniej w takich miejscach jak Chacheng, poza okiem turystów, sprzedawcy nie wciskają kitu, że jest to ręcznie malowane i nawet nie starają się tego opchnąć drożej niż kilka, maksymalnie kilkanaście kuaiów. Niektórzy mogą nie lubić przekombinowanej ceramiki, ale ta mi się naprawdę spodobała. Nawet złocone elementy przełamujące ascetyczność biało-niebieskiej porcelany wydały mi się jak najbardziej na miejscu. Niestety po poniższym zdjęciu padła mi bateria w aparacie, więc niestety mam to jedyne zdjęcie.






W ostatnim sklepie, który poznałem przy mojej poprzedniej wizycie, i w którym kupowałem swój czajniczek indukcyjny Kamjove (który mi się jakiś czas temu lekko przypalił przez automatyczne podgrzewanie - jednak płyta, na szczęście, nie ucierpiała na tym) zakupiłem trochę Tie Guan Yin hong cha. Plusem tej herbaty jest to, że nie ma prawie w ogóle irytującej cierpkości hong cha. Ma za to ciągle słodki smak TGY. Bardzo ciekawa receptura. I stosunkowo niedroga herbata.



Tak więc dzisiejszy wypad zakończyłem w pełni usatysfakcjonowany sheng pu z Changning Yiyou (laoshu) i TGY hong cha.








Wybaczcie jakość zdjęć. U mnie jest już totalnie ciemno, a światło w pokoju mam takie sobie.

niedziela, 25 listopada 2012

1999 showdown

Ze względu na ostatnie zebranie Partii miałem problemy z dostępem do googlowych stron, stąd więc przerwa w postach. Jeśli chodzi o herbaty, to nie próżnowałem.


Ostatnio zacząłem sprowadzać trochę starszych herbat z taobao, co przyniosło różne efekty.


Dzisiaj więc wrzucę krótką notkę o dwóch shengpu z 1999 od tego samego sprzedawcy. Obie herbaty dostałem mniej więcej w tej samej cenie. CNNP Yiwu Zhengshan bingcha po 68 kuaiów, Xiaguan Banchan tuocha z Cang Shan (Dali) za 65 kuaiów.


Liście dość ciekawe. Widać, że przez te trzynaście lat w Kunmingu trochę się postarzały. Niestety herbata ma dość nieprzyjemny "piwniczany" zapach. Jakby skład, w którym była przechowywana był słabo wentylowany. Sądzę też, że tong mógł zostać trochę podlany wodą. Zwłaszcza z jednej strony binga, na samym brzegu liście wyglądają mało przyjaźnie: są szarawe, bardzo suche i kruche. Nie ma jednak śladów pleśni, czy innych "obcych" organizmów. W samym sercu binga jest może kilka miniaturowych żółtych kropek przypominających "jinhua" w heichy. Łatwo i przyjemnie się rozłupuje binga. Liście są duże, niezbyt mocno prasowane.


Napar jest ciemny, drzewno-burgundowy (może nie do końca na zdjęciu widać te czerwone odcienie).

Ma słodki, błotnisty, mulisty zapach. Przebija też intensywniejszy mentolowy aromat. Ma pełny, ciężki smak. Bardzo orzechowy.

W gardle i na języku pozostaje kwiatowy posmak.


Jednak ten koncert smaków psują przebijające się mulisto-piwniczne nuty, niczym strasznie irytujący instrument, podczas przyjemnego utworu. Ciężko się odprężyć i skupić tylko na tym co przyjemne.


Herbata na taobao miała bardzo pochlebne oceny odnośnie smaku. Owszem, jest dobra, jednak ta mulistość jest dla mnie zbyt odstraszająca. Może trafiłem na złego binga. Zastanawiam się nad kupnem drugiego w celu porównania (w końcu cena niewielka). Materiał, z którego jest ten bing jest zdecydowanie dobry. Minusem są warunki przechowywania (co zresztą było wspomniane wprost w aukcji).




Druga herbata: Xiaguan, to interes miesiąca jak dotąd (w zasadzie to nawet najlepszy interes odkąd jestem w Chinach). Pyszna, niezwykle wydajna. Chyba stanę się prawdziwym miłośnikiem Xiaguanów, jak tak dalej pójdzie.


Klasyczny tybetański "grzyb" jest porządnie hermetycznie zapakowany.


Liście są bardzo mocno zbite, ale przy użyciu klasycznego szpikulca do puerów nie ma większych problemów z wydobyciem liści, łamiąc je tylko w minimalnym stopniu.



Chińska nazwa Banchan, to nic innego jak Panczenlama w języku Polskim. Co jest w pewnym sensie dość ironiczną nazwą dla chińskiej herbaty, biorąc pod uwagę cały problematyczny kontekst polityczny (i jakby nie było - czysto humanitarny i religijny). 


Na etykiecie mamy piękny wzór tzw. trzech klejnotów buddyjskich (czyli budda, dharma i sangha).


Bardzo atrakcyjne liście, ładnie i równomiernie się zestarzały. Całkowicie brakuje nieprzyjemnego zapachu uprzedniejszego CNNP.

 Herbata bardzo dobrze dojrzała i w o wiele lepszych warunkach niż poprzednia.



Napar jest bardzo ciemny, nawet aż do 10 parzenia (na zdjęciu po lewej drugie parzenie). Napar jest ciemny, bursztynowy, ciemno brązowy. Ma intensywny drzewno-ziołowy aromat.

Smak również przywodzi na myśl podmokłe drewno. Przebija się przez niego smak siana, suszonych ziół. Również orzechowe nuty są bardzo silne. Przeważnie orzecha włoskiego. Znacznie lepiej do mnie trafia niż CNNP. Całkowity brak mulistego, piwniczego aromatu i smaku.
 
Sympatyczna goryczka, lekko wysuszająca gardło.  Posmak orzecha włoskiego długo pozostaje w ustach. Piękna, bardzo ciemna barwa zaurocza. Wyśmienita herbata. Nie sądziłem, że w przeciągu 13 lat tak ładnie się może zestarzeć shengpu. Nie wiem na ile to, że bardzo lubię Xiaguany, sprawia, że tak bardzo zasmakowała mi ta herbata. Ale jakby nie było - degustacja herbaty to kwestia czysto subiektywna, więc nie ma co tu prowadzić debaty.
 
 
Herbata ma przyjemne qi i działanie lekko rozgrzewające. Jest to niezaprzeczalnie najlepszy stary shengpu w mojej niewielkiej kolekcji. I jeden z najtańszych, chciałbym też zauważyć. Jestem w pełni nią zachwycony. Cudowny kougan. Wprost niesamowity.
 
 
Z każdym kolejnym parzeniem chaqi herbaty daje się we znaki. Jestem coraz bardziej pobudzony i rozgrzany. W znacznym stopniu zwiększa potliwość. Przez mniej więcej 8 parzeń jako wyznacznikiem parzenia posługuję się kropelką na skraju dziubka - jak się chowa, to szybko wylewam napar. Smak nie ustępuje, kolor powoli z każdym parzeniem zaczyna blednąć. Przechodzi z bursztynowego w ciemno-miodowy. Przy ostatnim przełknięciu (8 parzenie)  wciąż czuję smak suszonych ziół, zboża, itp. (kojarzy mi się szczególnie z dzieciństwam i babciną spiżarnią m.in. z ziarnem, fasolą etc.). Na zdjęciu po lewej 10 parzenie.
 
 
Jeszcze przez kolejne najbliższe parzenia trzyma się przyjemny posmak suszonych polnych ziół - rumianku, nagietka, pokrzywy, mięty...

Cały czas bardzo silne chaqi, lekko oszałamiające. Strasznie rozgrzewa i pobudza.

Dochodzę do 15 parzeń (zdjęcie po lewej), kiedy przychodzi czas na przerwę. Piętnaste parzenie jest mniej intensywne. Nadal jest obecny przyjemny, słodki huigan.


Współlokator zrobił curry i przyszli goście. Ja jestem totalnie wypłukany po tych niespełna dwóch litrach herbaty i mam straszną gastrofazę.


Po niespełna dwóch godzinach wracam do herbaty, gdyż jeszcze jest w niej potencjał. Yixing jest już zimny, czego nie lubię, jendak da się to znieść. Wyciągam z niej kolejne pięć parzeń przed ostatecznym zakończeniem sesji. Jestem bardzo zadowolony z tej herbaty. W ostatnich parzeniach nie czuć już wszystkich jej nut, lecz wciąż jest bardzo przyjemna i słodka.
 
 
Liście również bardzo ciekawie się prezentują. Duża ilość ładnych, mięsistych patyczków. Mają piękną ciemną barwę.
 
 

 
 
Podsumowując: Xiaguan zdecydowanie wygrywa. Cieszę się, że kupiłem dwa Xiaguany i jednego CNNP, a nie odwrotnie. I już przymierzam się do zwiększenia kolekcji tych Xiaguanów.