Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xi'an. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xi'an. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 kwietnia 2013

wadang

Dzisiaj odwiedziłem Shuyuannanmen, ulicę przy Bramie Południowej na której sprzedaje się kaligrafię, rzeczy do kaligrafii, antyki, etc. Udało mi się znaleźć książkę z zhuanshu 篆书. Jest to forma pisma chińskiego wykorzystywana na pieczęciach, która swoje korzenie ma aż w piśmie dynastii Zhou. Łudziłem się, że znajdę tam znaki, które zapisano na moim wadang. Tych samych znaków niestety nie znalazłem. Na szczęście ułatwiło mi to wyszukiwania dalszych śladów w internecie.





Trafiłem w końcu na stronę internetową, na której było wiele przykładów wadang wykopanych w Shaanxi.Tak więc podejrzewam, że na moje szczęście jest to wadang z dynastii Qing. Być może nawet nie takiej późnej. Napis więc głosi od lewej strony 屯美流远. Nie mam wciąż pojęcia co to znaczy. Mam problemy z rozszyfrowywaniem klasycznych sentencji. Czasem są zbyt enigmatyczne. Na pierwszy rzut oka pomyślałem, że może to coś w stylu pięknego strumienia płynącego daleko od wioski. Ale na stronie na której to znalazłem było napisane, że zinterpretowali to jako 流德屯美, gdzie 屯美 znaczyłoby tyle co 纯美 (czyste piękno?). Przetłumaczyłbym to tak: krzewienie (lub coś bardziej związanego ze strumieniem - rozlewanie?) wartości (moralności) jest prawdziwie piękne? Nie mam pojęcia czy jest to trafne. Chyba w przekładach z chińskiego trzeba się bardziej trzymać poetyckości tekstu niż dosłowności (św. Hieronimowi by się to chyba spodobało). Mi takie tłumaczenie może pasować.





piątek, 5 kwietnia 2013

Qing Ming Jie

Wczoraj, 4 kwietnia, było święto Qing Ming. Zwane niekiedy "świętem światłości", czy "świętem pielęgnowania grobów". Niestety pogoda była dość depresyjna i ponura, choć być może pasująca na takie właśnie święto. Postanowiłem więc odwiedzić miejską świątynię taoistyczną Ośmiu Nieśmiertelnych (Ba Xian). Przy okazji zahaczając o targ staroci, gdzie każdy się stara wycisnąć ode mnie całą kasę. Na szczęście staram się na take wypady zabierać minimum, żeby się jakoś ograniczać. I tak się kończy w ten sposób, że zostaje mi tylko parę kuaiów na opłatę na autobus plus metro.




Po drodze odwiedziłem jeszcze małą świątynię buddyjską ukrytą pomiędzy wieżowcami a placami budowy. Była to chwila wytchnienia i odpoczynku dla ducha, z tego względu, że świątynia ta posiadała bardzo ładny i klimatyczny ogród na dziedzińcu, przesiąknięty wręcz chan.





W tym momencie nawet deszcz zdarzał się nie przeszkadzać. Po jakichś 15 minutach wytchnienia poszedłem dalej.

Po drodze można było zobaczyć więcej niż zazwyczaj stoisk z ofiarami dla umarłych (sztuczne pieniądze, papierowe monety, ubrania, itp.) Zazwyczaj jest ich najwięcej na ulicy przy wschodniej ścianie Ba Xian. Tym razem te stoiska wyrastały prawie wszędzie. Nawet u mnie na ulicy stoi jedno od jakichś trzech dni.



Doszedłem w końcu do targu staroci, który prowadzi bezpośrednio do głównego wejścia świątyni. Ze względu na deszcz i dość późną popołudniową porę znaczna część stoisk była już zamknięta.



Udało mi się jednak znaleźć to czego szukałem. Mianowicie ceramiczne płytki na dach. Ozdobne wykończenia dachówek umieszczane na samym końcu. Tak zwane wadang (瓦当). Ich historia jest dość długa. Zdaje się, że pierwsze pojawiły się za czasów dynastii Tang. Niektórzy ze sprzedawców twierdzą, że posiadają takowe. Nie jestem specjalistą, więc nie jestem w stanie tego zweryfikować. Nie rzucałem się więc też na takie smakołyki, które chodzą za nie bagatela 500 yuanów. Płytki poniżej udało mi się stargować do 40 yuanów. Biorąc pod uwagę, że chciał początkowo jakieś 140 uważam to za w miarę udany zakup. Sprzedawca twierdził, że są z epoki Qing. Dla mnie równie dobrze mogą być z okresu Republiki. Naprawdę nie jest to w tym momencie aż tak istotne jeśli są w dobrym stanie i ładnie wyglądają.


Świątynia Ba Xian na początku świeciła pustkami. Jest za późno dla turystów, a uroczystości jeszcze się nie zaczęły. Sądzę też, że pogoda miała wpływ na liczbę obecnych. Biorąc pod uwagę, że miasto ma 8 milionów mieszkańców, a to największa świątynia w mieście (nie uwzględniam tych, które są kilka kilometrów za miastem i są mega-świątyniami, lecz bardziej funkcjonują jako atrakcje turystyczne niż miejsca kultu), to ilość zainteresowanych celebracją Qing Ming na miejscu była znikoma (może 30-40 osób). Pewnie też większość, która miała możliwość wolała jechać na cmentarz za miasto.



Deszcz skutecznie rozproszył wiernych. Wydaje się, że tylko jeden tradycjonalista jest na tyle zdeterminowany, żeby podążać tao. Zresztą, czymże jest taka mżawka na drodze ku nieśmiertelności?



Właściwe palenie ofiar dla zmarłych zaczęło się jakąś godzinę po rozpoczęciu liturgii. Szczerze mówiąc byłem świadkiem paru dziwnych i nieprzyjemnych ekscesów pomiędzy ludźmi. Przykre jest kiedy zdarzają się takie rzeczy. Ale jak można się przekonać w każdej tradycji religijnej znajdą się osoby, które znajdą powód do ubliżenia bliźnim bez powodu. Niestety będąc w Chinach czar religii Wschodu, który w duchu pewnego orientalizmu jest u nas nadal do pewnego stopnia idealizowany, dość szybko pryska. Powrót do lektury Ericha Fromma po tych doświadczeniach może tylko wywołać lekki uśmieszek na twarzy. Wydaje się, że dzisiaj religijność Chińczyków przynajmniej, jest w nie mniejszym stopniu nastawiona na "mieć" niż nasza Zachodnia. Niestety. Gdzie się nie obejrzeć konsumpcjonizm pełną gębą. Na szczęście jeszcze czasem można natrafić na takie świątynie jak ta mała buddyjska, ukryte pomiędzy budynkami i zapomniane przez turystów, gdzie można faktycznie odpocząć od zgiełku. Ale to samo tyczy się naszych miast. Zawsze lubiłem stare puste kościoły z grzybami na ścianach i figurami świętych, z których farba odeszła 50 lat temu. Gdzie jeszcze dało się wyczuć w drewnianych ławkach zapach kadzidła, którymi przesiąknęło przez dziesiątki lat.




Nie doczekałem końca ceremonii bo zaczęło się ściemniać. A że wydałem to co mógłbym wydać na taksówkę, musiałem się spieszyć na autobus. Targ był już zupełnie opuszczony.


...no prawie.



Było Qing Ming. Miała być zielona herbata. Niestety. Dla mnie taka pogoda zupełnie nie do zielonych. Dlatego postanowiłem zrobić wieczorny test Shui Xiana. Zakupiłem ostatnimi czasy trzy wersje. Gao Huo (高火 - mocno palony) Shui Xian oraz dwa lekko palone (z czego jeden zhengshan). Oczywiście wszystko ubiegłoroczne.

Mocno prażony (dosłownie: wysoko palony) shui xian. Zapach dość ciężki, wyraźny. Jak w większości mocno palonych yancha. Zdecydowanie słodki. Aromat palonego drzewa i węgla drzewnego. Jak zapach dogaszanego ogniska.




Ciemna czysta barwa starej irlandzkiej whisky (bo szczerze mówiąc nie znam szkockich, ani amerykańskich). Palony smak dominuje przygaszając pozostałe nuty. Drewniana goryczka przeważa słodkość.

Kolejny Shui Xian mało palony był lekkim zawodem już na samym początku. Liście duże, ale obecne "sianko" - dużo szypułek i pozostałości liści. Kiepska selekcja. Kwaskowaty zapach, co wskazywałoby na kiepską obróbkę. Może za długo liście leżały przed wysuszeniem. Zdaje się, że musiały się wręcz "zakisić" trochę. Coś jak psujące się owoce, może jabłka.


Po wrzuceniu do rozgrzanego i wilgotnego yixinga rozbłyska chwilowa nadzieja. Pojawia się co prawda kwaśny aromat, ale również słodkość, a wszystko to przybrane przede wszystkim zapachem kawy. Jeśli ma to być kwaskowatość palonej kawy, nie mam nic przeciwko.


Niestety sam napar z powrotem sprowadza mnie na ziemię. Mało interesujący, płytki, kwaskowaty, nudny. Poniżej przeciętnej. Mokre liście znów biją kwaskowatością, zapach psujących się owoców, trochę octu. Niefajnie... Aromat kawy wywołał niepotrzebne nadzieje. Po 3 parzeniach się nudzi. Bardzo słabo. Koszt: 25 yuanów za 50 gram + puszka gratis (+2 próbki jin jun mei). Drugi raz i tak bym tego nie kupił.

Shui Xian Zhengshan mało palony.

Liście na pierwszy rzut oka lepsze. Bardziej poskręcane, więc dają złudzenie, że są mniejsze od poprzednich. Nic bardziej mylnego. Ładne jasne tipsy, bez siana. Wydaje się równomierniej palony niż poprzedni. Ma ładny ciemny kolor (nie tak ciemny jak gao huo). Pierwsze pociągnięcie nosem od razu wskazuje na doskonalszą metodę produkcji tej herbaty. Genialny aromat porządnej gorzkiej czekolady. Nie jest to jednak mocna, drażniąca goryczka. Przebija karmelowa słodkość pieszcząca receptory węchu. Wręcz chciałoby się je zjeść.



Ta herbata ma rzeczywiście lekko kawowy posmak. Chciałoby się powiedzieć, że kojarzy się ze słodką czarną kawą. Albo z cukierkami kopiko, które były zmorą mojego dzieciństwa - zawsze kusiło mnie, żeby je zjeść, a potem okazywały się wielkim rozczarowaniem. Na szczęście tym razem nie było żadnego rozczarowania. Wszystko co było w tej herbacie było zrównoważone i w świetny sposób oddawało to co miało oddawać. Nie powiedziałbym, żeby było za dużo goryczki, kwaskowatości czy słodkości (chociaż w tym przypadku, jej nigdy nie za wiele). Mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że jeszcze czegoś tej herbacie brakowało do doskonałości. Ale nie jest ona najdroższą herbatą i jest też dość młoda. Może należałoby dać jej szanse i potrzymać ze trzy lata, żeby się przekonać, czy ma potencjał na dłuższy storage.


Podsumowując:


U samej góry wygrany. Zhengshan Shui Xian mało palony (zresztą kupiony u mojego najlepszego dostawcy herbat z wyższej półki). Ocena 8/10 (był wyśmienity, ale mógł być lepszy). Gao Huo Shui Xian. (prawy dół) Normalny, bez rewelacji ale dobry. Ocena 5-/10 (fakt, że był mocno palony to trochę oszukiwanie bo nie można wyczuć niektórych ciekawych elementów w herbacie). Shui Xian mało palony z niższej półki (lewy dół): 3-/10. Niestety nie zasługuje na więcej. Mógłbym w zasadzie dać dwa, ale liczę na to, że są gorsze herbaty - może jak kupię Da Hong Pao po 50 yuanów za jin (pół kilo) to wtedy będę musiał zwiększyć skalę. Oceny są czysto subiektywne. Nie wykluczam, że ktoś ma inne gusta.


Teraz już od najgorszego do najlepszego (zaczynając od lewej). Mało palony Shui Xian, Gao Huo Shui Xian, Zheng Shan Shui Xian. O dziwo oba mało palone Shui Xiany mają pozornie podobne liście. Większe i wcale nie aż takie delikatne (spokojnie się rozwarstwiają jak się poociera je w palcach). Jednakże wrażenia diametralnie różne.

Jeszcze w ramach epilogu.




Niestety nie udało mi się rozszyfrować co jest napisane na moim wadang. Sprzedawca, który nie znał klasycznego, poszedł się zapytać jakiegoś sąsiada i ten mu powiedział, że napisane tam jest 永通万国. Był to napis szczególnie obecny na starych monetach. Nie trzeba być jednak specjalistą od pisma chińskiego żeby wiedzieć, że zdecydowanie tam nie ma takiego napisu. Pierwszy znak (prawy górny róg) zawiera 川, więc początkowo podejrzewałem, że pierwszy znak to stare 汉. Drugi znak (prawy dół) zawiera chyba 羊 (przynajmniej mój współlokator tak twierdzi). Ostatni znak (lewy dół) przypomina w sumie trochę 美. Na liście tekstów często wypisywanych na wadang niestety nie znalazłem niczego co by pasowało w 100%. Podejrzewałem 汉并天下, jednak chyba zbyt się różni. Gdyby ktoś się poczuwał specjalistą od takich rzeczy, to bardzo chętnie wysłucham opinii :)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Wielkanocna yancha

W ostatnich tygodniach zacząłem pijać głównie herbatę yancha z Wu Yi (wiem, że to tautologia). U mnie też pogoda marcowa, aczkolwiek śniegu nie mamy. Czasem 30 stopni, czasem 15. Człowiek nie wie jak się ubrać wychodząc na zajęcia. Ale Ci z was, którzy siedzą w Polsce mogą to uznać za wyjątkowo łagodną pogodę :) 

Z racji tego, że nie wrzucałem postów na bieżąco wpis ten będzie zbierał moje doznania herbaciane ze znacznej części świąt. 

W Wielkim Tygodniu skupiłem się na tym co stare, co już przemija. Do zielonych herbat przeskoczę w którymś z kolejnych postów. W Triduum Paschalne starałem się trochę przejść na ascezę i nie rozkoszować się za bardzo herbatami. 

Przede wszystkim zaopatrzyłem się w nowego yixinga przeznaczonego na Wu Yi yancha (obrazek poniżej, prawa strona). Jest on większy od poprzedniego na młode sheng puery (do lat 6). Jest on również niższy, dzięki czemu liście yancha, które się nie rozkładają aż tak bardzo jak te puerowe, ładnie się układają zostawiając minimum wolnej powierzchni w górnej części dzbanka. Glinka Zhu Ni też jest znacznie wyższej jakości, co widać, czuć, jak i słychać :)




W poniższym chayeguan przechowuję Rou Gui - dość standardowej jakości. Nie jest to zhengshan, tylko "średni" poziom gór. Jest to równierz herbata młoda, jednoroczna. Drugi Rou Gui to zhong huo RG. Oznacza to, że jest średnio palony (aczkolwiek bardziej od wersji "standard"). Ten sam rocznik, liście trochę gorsze z tego co mi powiedziano. Niewiele tańszy od poprzednika.






Aromat po umieszczeniu liści w dzbanku również "standardowy" dla RG. Bez fajerwerków. Lekko czekoladowy. Niezbyt intensywny. Niestety mój yixing nie przeszedł na dobre yanchą, przez co nie oddaje wszystkich nut smakowych tak jak powinien.

Przy okazji krótka dygresja. Gałązka iglaka, którą widać na powyższym zdjęciu to palemka wielkanocna. Okazuje się, że w Xi'anie w którym rosną gdzieniegdzie palmy (w parkach, w ogrodach na campusach, w donicach na ulicy) święci się w Niedzielę Palmową gałązki iglaków. Dziwny zwyczaj, chciałoby się powiedzieć. Ale biorąc pod uwagę "nasze" tradycje i innowacje związane z palemkami, nie jest to aż tak dziwne :)

Co więcej, Xi'an (były Chang'an jakby nie było) jest kolebką chrześcijaństwa w Chinach. To tu w końcu za czasów dynastii Tang przybyli nestorianie (którzy tak naprawdę z Nestoriuszem mieli niewiele wspólnego i jest to bardziej umowna nazwa dla chrześcijan wschodnio-syryjskich) i założyli pierwszą wspólnotę.




Na powyższym obrazku można zobaczyć procesję chińskich chrześcijan z palemkami (a może to też iglaki?). W 1623 (lub 1625) została przez jezuitów odkopana stela opowiadająca historię chrześcijan, którzy zwali się jingjiao (mniej więcej "świetlista nauka"). W tym momencie kopię (tzw. stone rubbing) tej steli można kupić na ulicy przy Lesie Stell (chin. beilin), muzeum mieszczącym zabytkowe, antyczne stele z historycznymi tekstami, za bagatela 80 yuanów. Teorii na temat losu chrześcijaństwa od przybycia w VII wieku, do niemal całkowitej eliminacji podczas czystek religijnych w 845, jest wiele. Od tego, jak ta religia dominowała w życiu publicznym i pośród mieszczan (imo mało prawdopodobne), po teorię niemal zupełnej adaptacji i synkretyzmu z buddyzmem i taoizmem (imo bardzo prawdopodobne, zwłaszcza jak się spojrzy na język używany w pismach religijnych z tego okresu znalezionych w jaskiniach z Dunhuang). Niemniej to w Louguantai (gdzie znajduje się do dzisiaj prawdopodobnie ostatni relikt architektury jingjiao) jest największa społeczność katolików w Shaanxi (tak mi przynajmniej opowiadali herbaciarze).





Szczerze mówiąc ostatnio przypadają mi do gustu mniej prażone wulongi.
Poniżej zdjęcie dwóch RG. Po lewej: zhonghuo Rou Gui. Liście w postaci suchej zdają się być większe, bardziej rozłożyste od stardardowego RG. Po zaparzeniu się to zmienia. Mniej prażony RG (po prawej) ma liście bardziej rozłożyste, ładniejsze, pełne, znajdzie się kilka młodych listków. Mniej patyczków.




To już poniedziałek po niedzieli palmowej. Krótki opis Kugua Lao Tie Guan Yin. Tak jak wspominałem wcześniej, melon (de facto przepękla ogórkowata, ale pozostańmy przy "melonie") nadaje kwaskowatego, owocowego posmaku. Oczywiście łamiąc fragmenty melona możemy odpowiednio go dozować, żeby jego smak nie był zbyt intensywny. Sam fakt przechowywania tej herbaty w nim nadaje jej charakterystyczny posmak. Przy łamaniu kruszą się również liście. Dobrze jest odseparować okruchy od właściwej herbaty. Nie lubimy fusów i nie potrzebnej goryczki.




Napar ciemny, jak to w przypadku LTGY. Intensywny, bardzo charakterystyczny aromat dla zwykłego LTGY. Smak jest już bardziej skomplikowany. Wzbogacony dodatkiem kugua (苦瓜). Można wyciągnąć z niego 8 parzeń. Nie jest super wydajny, ale można się tym zadowolić.





poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Chacheng na Wenyinnanlu cz. 2

W najbliższych dniach będę wrzucał combo-wpisy, bo zalegam z materiałem na bloga (ba! nie tylko na bloga).

Dzisiaj tylko kilka krótkich impresji i komentarzy. Chciałbym wrzucić trochę materiałów sprzed mojego wyjazdu w grudniu, głównie na temat Xi'anu i Chacheng na Wenyinnanlu. Bardzo oszczędnie, może z czasem rozwinę, zwłaszcza że nie posiadam w tym momencie tak bogatego materiału fotograficznego, żeby się rozpisywać.



Z lewej wnętrze niewielkiego sklepiku z yixingami, który można napotkać po prawej stronie Wenyinnanlu idąc na Chacheng od stacji metra Tiyuchang. Prowadzi go starszy sympatyczny pan. Niestety mam wrażenie, że ceny niektórych yixingów są bardzo zawyżone. W swojej kolekcji ma też kilka dobrych puerów z mało znanych firm. Są wysokiej jakości i bardzo oryginalne w smaku, niestety zaczynają się od 400 yuanów za binga.



To jest już zdjęcie z mojego upatrzonego sklepu z yixingami. Te przedstawione na zdjęciu to akurat nic nadzwyczajnego. Ich ceny zazwyczaj nie przekraczają 200 yuanów. Jednak jeśli chodzi o jakość-cena jest to dobry interes. Sprzedawczyni jest bardzo uczciwa i nie stara się wciskać kitu, że są to nie wiadomo jak cudowne yixingi. Skłonna jest nawet czasem sporo zejść z ceny.




Sklep ze stołami do gongfu. Niektóre to prawdziwe arcydzieła. Nie mam pojęcia ile może kosztować nawet transport takich gigantów. Ceny zazwyczaj zaczynają się od kilkunastu tysięcy yuanów.






Ta pani herbaciarka jest właścicielką tego sklepu z produktami Liji. Mało znana marka, niewielka pordukcja w porównaniu do gigantów takich jak CNNP, Menghai czy Dayi. Robią jednak bardzo dobre herbaty z wysokiej jakości liści. To czego niestety nie widać, to szafka po prawej stronie zdjęcia, na której są czarki gości. Niektóre naprawdę przecudne.


Te czarki są również na sprzedaż z Liji. Można dostrzec nawet jedną z importu z Japonii (najbardziej po prawej). Te z ładną kawową glazurą mają wewnątrz misterne malowidła na białej porcelanie.









To jest z kolei przeskok do mojego ulubionego sklepu z porcelaną i  ru yao. Niezwykłej jakości ceramika, niestety ru yao ma astronomiczne ceny (jak dla mnie). Czarki ok. 400 yuanów - najniżej mogą zejść do 300. Oczywiście możemy kupić inne ru yao nawet za 30 kilka yuanów. Jakość jest jednak nieporównywalna. Te tanie zazwyczaj mają cieniutką, prześwitującą glazurkę. Jeśli była nierówno nałożona od razu się to rzuca w oczy. Kolor również nie jest tak głęboki i pełny jak w ru yao, gdzie glazura jest naprawdę wysokiej jakości i nie pożałowano jej. Późniejsze pęknięcia też wyglądają o wiele ciekawiej, są wyraźniejsze i gęstsze (choć to akurat jeszcze zależy od włąściwości konkretnych ru yao). Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze rozwinę ten temat, gdyż jest to niezmiernie ciekawe.



Mają też dużo klasycznej porcelany z jingdezhen. Już zresztą wcześniej wrzucałem jej zdjęcia. Między innymi to z czarką ze smokiem, w wpisie poświęconym Chacheng. Tam też zakupiłem zestaw swoich trzech czarek (z nietoperzem, żółwiem i jelonkiem).

Pani po lewej jest właścicielką (i przy okazji nauczycielką herbaty), którą akurat rzadko tam spotykam. Sklep ten też specjalizuje się w sprzedaży mało znanej, ale bardzo dobrej i lubianej przeze mnie marki Changning Yiyou.





Już na sam koniec wrzucam to co udało mi się zebrać przez mój jesienny pobyt w Xi'anie. Nie jest może to jakoś szczególnie duży zbiór, jednak dość zróżnicowany. 90% wróciło ze mną do Polski. Kilka bazowych produktów zostało, żebym z pragnienia po powrocie nie umarł. W tym momencie dość wiernie staram się uzupełniać zbiory. Przy czym, ze względu na wiosnę, inwestuję w zielone, których już raczej ze sobą nie zabiorę.


Ps. wybaczcie karygodne formatowanie, ale coś się pokłóciłem dzisiaj z bloggerem.

sobota, 23 marca 2013

Herbaciany marzec w Xi'anie

Jak zwykle wytrąciłem się z równowagi i ciężko będzie wrócić do nawyku pisania. Dwa miesiące wakacji spędziłem w Polsce, gdzie szczerze mówiąc nie pijałem zbyt wiele herbaty - sprawdziłem jednak koreańską Hwangchę z goodgreentea, xiaozhonga kupionego w Xi'anie i to by było chyba na tyle... Po powrocie do Chin wybrałem się do herbaciarni tak naprawdę dopiero po miesiącu. A porządny obchód za nowinkami zrobiłem dopiero dzisiaj.


Cóż za nowości więc można znaleźć w Xi'anie? Świeża Anji Baicha w zawrotnej cenie - 1000 zł za kilogram. Long Jinga z aktualnych zbiorów można dostać już za bagatela 750 yuanów (ok. 380 zł) za jin (pół kilograma). Xi Hu LJ najniższego sortu mniej więcej w tej samej cenie. Rekordzistę widziałem po 1200 yuanów za 50 gram. Pojawiają się zielone herbaty z Shaanxi. Hanzhongxianhao chodzi po różnych cenach w zależności od dokładnego regionu. Zakupiłem 50 gram Hanzhonga dość porządnego sortu (herbaciarka miała tylko jeden worek i powiedziała, że po Qing Ming jej cena podskoczy bardzo do góry). Dostałem w gratisie też dwie saszetki podtypu Hanzhonga o nazwie qiaoshe ("wróbli języczek"). Stosunkowo tańszy, jednak jeszcze nie porównywałem tych dwóch herbat. 



pre Qing Ming Long Jing



Mam jeszcze jedną ciekawą niespodziankę. Mianowicie znalazłem u swojego sprzedawcy tieguanyin hong lao tieguanyin, który jest pakowany w kugua 苦瓜 - "gorzki melon" lub po prostu przepękla ogórkowata. Nadaje LTGY owocowego, kwaskowatego posmaku. Czy lepszy niż zwykły LTGY? Nie da się powiedzieć - na pewno inny i interesujący :)



Kugua Lao Tieguanyin 



5 letni Lao Tieguanyin (tanpei TGY) w wersji klasycznej
w trakcie selekcji liści - był przechowywany przez ten czas 
tak jak shu cha TGY, czyli wraz z łodyżkami. Przez ten czas
był prażony (tanpei) raz na rok.

wtorek, 11 grudnia 2012

Tie Guan Yin hongcha

Tie Guan Yin hongcha, którą nabyłem w ubiegły weekend jest dla mnie pewną nowością. Sprzedawca mi ją pokazał jakiś czas temu, kiedy szukałem Lao TGY. Wtedy dopiero dowiedziałem się o jej istnieniu. Poza taobao nie spotkałem się z nią w znanych mi sklepach internetowych z herbatą. Oznacza to, że jest to herbata nieznana, albo po prostu mało atrakcyjna.



 (zdjęcie z czasów poprzedniego wpisu)



Szczerze mówiąc mam małe doświadczenia z czarnymi herbatami i nigdy nie czułem się ich znawcą. To co mnie jednak wiele razy od nich odstraszało, to było dokładne wyczucie czasu przy parzeniu, która kończyło się dla mnie najczęściej katastrofą. Nieprzyjemna, zbyt intensywna cierpkość, kwaskowatość, która zabijała wszelką przyjemność w smakowaniu herbaty. Parzenie czarnych herbat rzadko mi wychodzi. Z chińskimi miałem lepsze przeżycia, mam wrażenie że są delikatniejsze od swoich indyjskich kuzynów. W Chinach się powoli nawracam na czarne, ale może też z tego względu, że osoby, które mi je parzą znają się na rzeczy.



TGY hongcha jest jedną z tych herbat, które nie sprawiają mi problemów i gdyby większość taka była, z pewnością gościły by częściej na moim chapanie.



TGY hongcha powstaje z tego samego materiału co klasyczny, znany nam wulong Tie Guan Yin (czy to w wersji świeżej, zielonej, czy prażonej) jednak proces powstawania jest już jak w przypadku czarnej herbaty. Liście nie są zrolowane - są duże i rozłożyste. Kolejna rzecz którą lubię, jeśli mam pić czarne herbaty. Z moich dotychczasowych, ubogich doświadczeń z hongchą wyniosłem to, iż im mniejsze, cięte, poskręcane liście, tym herbata ma bardziej irytującą goryczkę i kwaskowatość. Może to też kwestia tego, że w przypadku herbaty w takiej formie mam problemy z dobraniem proporcji.






Tak więc TGY hongcha nie ma nieprzyjemnej dla mnie cierpkości. Jest delikatny i słodki. Ma swój charakterystyczny smak Tie Guan Yina. Na pewno jest to bardzo interesująca herbata. Cena nie jest absurdalnie wysoka, więc cieszę się, że zakupiłem jej więcej.






Jest to też herbata bardzo wygodna do beztroskiego parzenia w gaiwanie, np. w trakcie siedzenia przy laptopie, gdyż parzenie jej nie wymaga szczególnej atencji. Jeszcze nie udało mi się jej zepsuć.





Jeszcze na koniec zdjęcie sprzedawców pakujących shicha tgy. Niestety przy ostatniej wizycie nie wziąłem lepszego aparatu, więc zdjęcie ma słabą jakość. Są to liście, które opisywałem poprzednio, jeszcze przed ostateczną obróbką. Można je spokojnie rozgnieść w palcach, aż wydostanie się z nich olejek o charakterystycznym zapachu. Cały czas w wielu herbaciarniach można zauważyć osoby selekcjonujące liście i usuwające patyczki (których nie brakuje np. w TGY hongcha).