Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dali. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dali. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 listopada 2014

Yunnan "Tulin" Fenghuang Tuocha


Tak na wstępie polecam:



Z zaskoczeniem ostatnio w swojej puerowej szafce odkryłem dwa tuocha, o których totalnie zapomniałem. Krótki research moich starych zamówień i przekopywanie resztek pamięci uzmysłowiło mi, że zamówiłem sobie w Chinach na taobao dwa tuo z lat 90-tych za okazyjną cenę. Te klasyczne fenghuangi (feniksy) z Dali są dość popularnymi ciastkami i nawet te sprzed 20 lat często zaczynają się od kilkudziesięciu yuanów. (aczkolwiek te lepszego sortu, lepiej przechowywane kosztują np. ok. 200 Y). Fenghuang tuocha (凤凰沱茶), czy też "Tulin" fenghuang (土林 - tulin, dosłownie "ziemny las") zaczęto produkować w 1985. Na blend składają się liście yunnańskie grade'u 1-6 (czyli dość niskie), wiosenne pączki, szypułki. Teraz, popularne są również shu fenghuangi, które noszą nazwę 金凤凰 (złoty feniks).
Niestety nie pamiętam ani swojego konta taobao (do logowania używa się chińskiego numeru telefonu, którego absolutnie nie pamiętam), a mój komputer jest w stanie spoczynku w serwisie (okazało się, że układ chłodzenia padł i nie można nigdzie zamówić części zamiennych), więc nie dam rady sprawdzić w historii Skype'a (wiedzieliście o tym, że rozmowy tekstowe Skype, są przechowywane na waszym dysku, a nie w chmurze? Ja nie...) o zamówienie jakich herbat prosiłem mojego współlokatora w Chinach. Krótkie szpiegostwo pozwoliło mi znaleźć jednego ze sprzedawców od którego zamawiałem większość swoich starych herbat (może pamiętacie moje wpisy o puerach pachnących mokrą piwnicą? To właśnie ten). Na szczęście na przestrzeni lat zmieniały się też etykiety, co pozwoliło mi stwierdzić, że akurat ten fenghuang, którego posiadam musi być z lat 90-tych (jeśli oczywiście optymistycznie założymy, że sprzedawca nie oszukiwał i nie podmieniał opakowań). Herbaciarz, od którego (prawie na pewno) zakupiłem te tuocha na sprzedaż ma tylko rocznik 94. Mogę więc założyć, że to ten rok. Oczywiście nie jestem jakimś purystą i naprawdę dość mi wszystko jedno czy to początek, czy koniec lat 90-tych. Ważne żeby herbata była dobra.




Puer leżał chyba w średnio sprzyjającym mu środowisku. Można by zażartować, że miał trudny okres dojrzewania ;] Nawet na moich mało dokładnych zdjęciach widać średnio ciekawy, biały nalot na liściach. W takiej mikro ilości nie powinno to chyba stanowić problemu. Kilka razy widziałem na forach naprawdę zapleśniałe puery, gdzie ludzie próbowali je ratować (już z taką błękitną pierzynką). W moim przypadku wygląda to na jakiś nieszkodliwy szczep. Jakby jednak wśród moich czytelników był ktoś, kto jest w stanie przepadać próbkę, to proszę dawać znać - chętnie prześlę kilka gram. W celach badawczych oczywiście ;)
Liście są dość suche i kruche, łatwo się rozwala ciastko. W zasadzie aż za łatwo, gdyż boję się, żeby nie skruszyć liści za bardzo. Drobne ilości mikroorganizmów na starych puerach nie są czymś szczególnie rzadkim. W tym wypadku bardziej boję się o to, że zepsuje on smak. Nikt chyba nie chce czuć grzyba w herbacie. Aczkolwiek, porównując swoją delikatnie zaszronioną herbatę, do tej, którą pija Hster z teacloset, uważam, że moja jest nawet w porządku.


tutaj jeszcze dokładniej widać biały nalot

W przeciwieństwie do młodych puerów tutaj parzenia robię stosunkowo dłuższe. Nie jest już to zalanie i wylanie, które trwa co najwyżej kilka sekund. Zaczynam od dwóch płukań by obudzić te zestarzałe liście.
Zanotowane przeze mnie czasy parzeń, to kolejno: 5, 10, 15, 25, 35, 50, 80. Dwa ostatnie parzenia trwają już kilka minut i służą do wyciągnięcia z liści wszystkiego co się da.






Pierwsze parzenia robię z użyciem wenxiangbeia. Herbata ma aromat mokrego drzewa i strychu. Dzisiaj kojarzy mi się też z mokrą glebą i dojrzałym orzechem włoskim. Smak i aromat mokrej gleby i starego drzewa odpowiada nazwie tej herbaty: "Tulin". Po kilku parzeniach, gdy już liście się wybudzają herbata nabiera ciemnego koloru. Od ciemnych żółci przechodzi w brązy z rubinowymi odcieniami. To co zauważam z pierwszym łykiem, to pełnia i głębia smaku oraz uczucie, jakby się piło tłusty rosół. W przeciwieństwie do samego aromatu, nie czuć w smaku aż tak bardzo zmokłej spiżarni.  W smaku lekko pikantna - czuć to szczególnie na podniebieniu. Wysusza również gardło.




Herbatę zacząłem pić wieczorem o 23. Teraz, pisząc, popijam ją już swobodniej - jakby nie było, również w celu pobudzenia moich ośrodków pamięci. Notatki, czasem lekko enigmatyczne, nie zawsze dają się odtworzyć, a przerzucenie zdawkowych ekspresji z notatnika na wpis blogowy czasem graniczy z cudem. Herbata ma lekkie chaqi, ale nie jest szczególnie pobudzająca. 

Popijając ją podczytuję sobie żywot i wybrane mowy św. Grzegorza z Nazjanzu (który wbrew pozorom nie był biskupem Nazjanzu, tylko jego ojciec Grzegorz Starszy; on sam był biskupem zapadłej wsi Syzymy, w środku traktu kapadockiego, gdzie mieściła się tylko siedziba poczty cesarskiej), przyjaciela Bazylego Wielkiego. Był to poczciwy mówca, teolog (do tego stopnia wybitny, że zyskał przydomek Grzegorz Teolog) oraz miłujący spokój chrześcijanin, który, gdyby nie ambicje jego ojca i przyjaciela Bazylego, większość życia spędziłby najchętniej jako pustelnik w górach. Do tego stopnia daleka mu była polityka Kościoła i intrygi związane z biskupstwem (jak widać problemy te już irytowały ludzi od IV w. n.e. - a jak się zerknie na pisma innych Ojców, to już nawet od II czy III w.; jeszcze inni mogą się dopatrzyć zapowiedzi tego w listach św. Pawła), że po święceniach na kapłana, jak i później biskupa uciekał za każdym razem na kilka miesięcy, czy lat na pustelnie, skąd musiał być ściągany niemal siłą. Teolog i orator z niego był genialny. Otrzymał świetne wykształcenie z retoryki w Cezarei, Aleksandrii oraz kilkuletnie w Atenach. Zapoznał się w Aleksandrii z dziełami z biblioteki Orygenesa, a razem z Bazylim zrobili wypisy z jego najważniejszych dzieł. Jak w 379 na prośbę wiernych udał się do Konstantynopola, okazało się, że nie ma ani jednego Kościoła należącego do ortodoksyjnych katolików. Wszystkie były zajmowane przez arian, nowacjan i sabelian (ówczesne heterodoksyjne nurty w chrześcijaństwie). Kościół urządził w domu krewnych. Jeszcze w tym samym roku wygłosił płomienną mowę na temat powołania teologów (oskarżając ich o gadulstwo, mądrzenie się i karierowiczostwo) i wyznania wiary o Trójcy Świętej dla delegacji biskupów (których nie omieszkał nazwać w przemowie tępakami). Przez hierarchów nie był szczególnie poważany (był w końcu biskupem zapomnianej wsi), może oprócz przyjaciela Bazylego (i jego brata Grzegorza z Nyssy) oraz ojca, który był szanowanym biskupem Nazjanzos (pełnił tą funkcję nie bagatela 45 lat i dożył niemal stu lat, co na tamte czasy graniczyło z cudem). 
Odbiegłem trochę od tematu, ale na swą obronę mogę zapytać: cóż jest przyjemniejszego jak łączyć starą poczciwą herbatę ze starożytnymi tekstami?






Liście są zróżnicowane. Niektóre z nich są faktycznie dość spore, inne malutkie. Jest trochę grubych, mięsistych szypułek. Zdążyły już dość mocno ściemnieć - ciemna zieleń i lekkie brązy (w zasadzie zależne od światła).

niedziela, 25 listopada 2012

1999 showdown

Ze względu na ostatnie zebranie Partii miałem problemy z dostępem do googlowych stron, stąd więc przerwa w postach. Jeśli chodzi o herbaty, to nie próżnowałem.


Ostatnio zacząłem sprowadzać trochę starszych herbat z taobao, co przyniosło różne efekty.


Dzisiaj więc wrzucę krótką notkę o dwóch shengpu z 1999 od tego samego sprzedawcy. Obie herbaty dostałem mniej więcej w tej samej cenie. CNNP Yiwu Zhengshan bingcha po 68 kuaiów, Xiaguan Banchan tuocha z Cang Shan (Dali) za 65 kuaiów.


Liście dość ciekawe. Widać, że przez te trzynaście lat w Kunmingu trochę się postarzały. Niestety herbata ma dość nieprzyjemny "piwniczany" zapach. Jakby skład, w którym była przechowywana był słabo wentylowany. Sądzę też, że tong mógł zostać trochę podlany wodą. Zwłaszcza z jednej strony binga, na samym brzegu liście wyglądają mało przyjaźnie: są szarawe, bardzo suche i kruche. Nie ma jednak śladów pleśni, czy innych "obcych" organizmów. W samym sercu binga jest może kilka miniaturowych żółtych kropek przypominających "jinhua" w heichy. Łatwo i przyjemnie się rozłupuje binga. Liście są duże, niezbyt mocno prasowane.


Napar jest ciemny, drzewno-burgundowy (może nie do końca na zdjęciu widać te czerwone odcienie).

Ma słodki, błotnisty, mulisty zapach. Przebija też intensywniejszy mentolowy aromat. Ma pełny, ciężki smak. Bardzo orzechowy.

W gardle i na języku pozostaje kwiatowy posmak.


Jednak ten koncert smaków psują przebijające się mulisto-piwniczne nuty, niczym strasznie irytujący instrument, podczas przyjemnego utworu. Ciężko się odprężyć i skupić tylko na tym co przyjemne.


Herbata na taobao miała bardzo pochlebne oceny odnośnie smaku. Owszem, jest dobra, jednak ta mulistość jest dla mnie zbyt odstraszająca. Może trafiłem na złego binga. Zastanawiam się nad kupnem drugiego w celu porównania (w końcu cena niewielka). Materiał, z którego jest ten bing jest zdecydowanie dobry. Minusem są warunki przechowywania (co zresztą było wspomniane wprost w aukcji).




Druga herbata: Xiaguan, to interes miesiąca jak dotąd (w zasadzie to nawet najlepszy interes odkąd jestem w Chinach). Pyszna, niezwykle wydajna. Chyba stanę się prawdziwym miłośnikiem Xiaguanów, jak tak dalej pójdzie.


Klasyczny tybetański "grzyb" jest porządnie hermetycznie zapakowany.


Liście są bardzo mocno zbite, ale przy użyciu klasycznego szpikulca do puerów nie ma większych problemów z wydobyciem liści, łamiąc je tylko w minimalnym stopniu.



Chińska nazwa Banchan, to nic innego jak Panczenlama w języku Polskim. Co jest w pewnym sensie dość ironiczną nazwą dla chińskiej herbaty, biorąc pod uwagę cały problematyczny kontekst polityczny (i jakby nie było - czysto humanitarny i religijny). 


Na etykiecie mamy piękny wzór tzw. trzech klejnotów buddyjskich (czyli budda, dharma i sangha).


Bardzo atrakcyjne liście, ładnie i równomiernie się zestarzały. Całkowicie brakuje nieprzyjemnego zapachu uprzedniejszego CNNP.

 Herbata bardzo dobrze dojrzała i w o wiele lepszych warunkach niż poprzednia.



Napar jest bardzo ciemny, nawet aż do 10 parzenia (na zdjęciu po lewej drugie parzenie). Napar jest ciemny, bursztynowy, ciemno brązowy. Ma intensywny drzewno-ziołowy aromat.

Smak również przywodzi na myśl podmokłe drewno. Przebija się przez niego smak siana, suszonych ziół. Również orzechowe nuty są bardzo silne. Przeważnie orzecha włoskiego. Znacznie lepiej do mnie trafia niż CNNP. Całkowity brak mulistego, piwniczego aromatu i smaku.
 
Sympatyczna goryczka, lekko wysuszająca gardło.  Posmak orzecha włoskiego długo pozostaje w ustach. Piękna, bardzo ciemna barwa zaurocza. Wyśmienita herbata. Nie sądziłem, że w przeciągu 13 lat tak ładnie się może zestarzeć shengpu. Nie wiem na ile to, że bardzo lubię Xiaguany, sprawia, że tak bardzo zasmakowała mi ta herbata. Ale jakby nie było - degustacja herbaty to kwestia czysto subiektywna, więc nie ma co tu prowadzić debaty.
 
 
Herbata ma przyjemne qi i działanie lekko rozgrzewające. Jest to niezaprzeczalnie najlepszy stary shengpu w mojej niewielkiej kolekcji. I jeden z najtańszych, chciałbym też zauważyć. Jestem w pełni nią zachwycony. Cudowny kougan. Wprost niesamowity.
 
 
Z każdym kolejnym parzeniem chaqi herbaty daje się we znaki. Jestem coraz bardziej pobudzony i rozgrzany. W znacznym stopniu zwiększa potliwość. Przez mniej więcej 8 parzeń jako wyznacznikiem parzenia posługuję się kropelką na skraju dziubka - jak się chowa, to szybko wylewam napar. Smak nie ustępuje, kolor powoli z każdym parzeniem zaczyna blednąć. Przechodzi z bursztynowego w ciemno-miodowy. Przy ostatnim przełknięciu (8 parzenie)  wciąż czuję smak suszonych ziół, zboża, itp. (kojarzy mi się szczególnie z dzieciństwam i babciną spiżarnią m.in. z ziarnem, fasolą etc.). Na zdjęciu po lewej 10 parzenie.
 
 
Jeszcze przez kolejne najbliższe parzenia trzyma się przyjemny posmak suszonych polnych ziół - rumianku, nagietka, pokrzywy, mięty...

Cały czas bardzo silne chaqi, lekko oszałamiające. Strasznie rozgrzewa i pobudza.

Dochodzę do 15 parzeń (zdjęcie po lewej), kiedy przychodzi czas na przerwę. Piętnaste parzenie jest mniej intensywne. Nadal jest obecny przyjemny, słodki huigan.


Współlokator zrobił curry i przyszli goście. Ja jestem totalnie wypłukany po tych niespełna dwóch litrach herbaty i mam straszną gastrofazę.


Po niespełna dwóch godzinach wracam do herbaty, gdyż jeszcze jest w niej potencjał. Yixing jest już zimny, czego nie lubię, jendak da się to znieść. Wyciągam z niej kolejne pięć parzeń przed ostatecznym zakończeniem sesji. Jestem bardzo zadowolony z tej herbaty. W ostatnich parzeniach nie czuć już wszystkich jej nut, lecz wciąż jest bardzo przyjemna i słodka.
 
 
Liście również bardzo ciekawie się prezentują. Duża ilość ładnych, mięsistych patyczków. Mają piękną ciemną barwę.
 
 

 
 
Podsumowując: Xiaguan zdecydowanie wygrywa. Cieszę się, że kupiłem dwa Xiaguany i jednego CNNP, a nie odwrotnie. I już przymierzam się do zwiększenia kolekcji tych Xiaguanów.