Próbka danconga, którą dostałem, jak mniemam jest tegorocznym feniksem - fenghuang dancong (凤凰 单从). Skłaniam się ku temu z tego względu, że mieli tą herbatę w dość rozsądnej cenie. Pozostałe były już wyższych lotów i spodziewam się, że to nie żadna z nich, gdyż smak ma dość dancongowo-banalny.
Zdjęcia dzisiaj zamieszczam w odwrotnej kolejności.
Nie pamiętam chińskiej nazwy owocu. Wygląda podobnie jak liczi, które da się u nas zakupić w puszkach, lub w całości w sklepach dużych sieci handlowych. Jest trochę inne w smaku. Przypomina mi trochę nasze polskie czerwone winogrona o małych, lekko cierpkich w smaku owocach i winnej słodkości.
Dancong niestety nie jest zbyt subtelny w smaku. Zbyt mało aromatyczny i słodki jak na danconga przy krótkich parzeniach, a zbyt szybko robi się cierpki, jeśli przedłużyć parzenie. Niski sort. meh...
Liście co prawda nie prezentują się najgorzej, ale brak intensywnego, słodkiego, owocowego aromatu.
Nothing special.
Tak przy okazji feniksów (grupa nazywa się Fenghuang Chuanqi 凤凰传奇 "Legenda Feniksa"), oto jeden z większych chińskich hitów muzycznych utrzymujący się już chyba trzeci rok z rzędu, który puszczają we wszystkich sklepach, herbaciarniach, aptekach, etc. (zaraz obok gangnam style):
凤凰传奇 - 最炫民族风
Możecie się rozejrzeć za innymi wykonaniami, np. Hong Yue 红月.
Nie mogę się pochwalić zbyt wielkimi doświadczeniami z LTG, niestety. Nadal piłem ich zbyt mało, żeby mieć większe rozeznanie, jak choćby przy sheng puerach, yancha czy zielonych, które przepiłem już (hekto?)litrami. Czarnych nie liczę, bo poza zalewajkami rzadko mam z nimi do czynienia.
Od pobytu w Chinach trochę zwiększyłem swoje doświadczenie, jeśli chodzi o LTG, który na rodzimym rynku jest raczej niedostępny. Wszedłem w posiadanie zaledwie trzech rodzajów, ale przepiłem go trochę więcej w herbaciarniach. Przypadł mi bardziej do gustu, niż standardowy, świeży, zielony TGY, który jest o niskim stopniu oksydacji i tylko minimalnie podprażany (jako standardowy element produkcji).
Pięcioletni TGY wydaje się być bardziej palony, niż jego starszy poprzednik. Ma słodszy, miodowy zapach. Aromat wskazuje zdecydowanie na bardziej prażony (przez podkreślenie chcę zwrócić uwagę na bardzo mocne podkreślenie tego znaczenie, ze szczególnym uwzględnieniem zapachu dymu i węgla drzewnego, oraz słodkiego zapachu palonych liści, który tak bardzo lubię). Zawsze się zastanawiam skąd bierze się taki cudowny aromat przy paleniu herbaty, dosłownie jakby podczas prażenia z liści sączyła się cukrowa rosa, albo jakby ktoś wrzucał do każdego kosza przy transporcie liści po plastrze miodu.
Pomimo "gorszej" jakości tego LTGY (gorszej, gdyż sprzedawczyni zapewniała mnie, że pomimo iż oba są dobre, starszy jest na pewno lepszy i ona osobiście go preferuje - cena nieznacznie różna, więc to nie gra większej roli) chyba bardziej przypada mi do gustu. Aczkolwiek, jak już kiedyś (czy było to zaledwie jeden/dwa wpisy temu), wspominałem mocniejsze prażenie herbaty, aczkolwiek wiąże się z ryzykiem zupełnego jej zepsucia i jest ryzykowne, jest też sposobem na ulepszenie jej, jeśli ma mało interesujący smak - poprzez wyciągnięcie z niej tej słodkości i dodatek miłego dymnego charakteru (pod warunkiem, że nie jest totalnie spalona, co też się zdarza - ale o tej anegdocie wspomnę kiedy indziej).
Napar nie jest szczególnie ciemny, acz wydaje mi się mocniejszy niż w przypadku 7 letniego LTGY. Zachowuje się słodki posmak miodu i karmelu. Tieguaninowe, owocowo-kwiatowe nuty są mniej obecne niż w poprzedniku. Co niektórzy mogą policzyć za minus tej herbacie.
(teraz będzie trochę dłuższy akapit, więc jak nie interesuje was buddyzm w Chinach, to możecie spokojnie ominąć :)
Jeszcze szybki (powiedzmy...) wtręt. W małej buddyjskiej świątyni, o której wspomniałem przy poście o Qing Ming, w ramach bierz-co-chcesz-za-co-łaska odkopałem ze stosu różnych książeczek, książek, kalendarzy, płyt CD, itp. kilka zeszycików z modlitwami, coś co jeszcze będę musiał zidentyfikować (ale przypomina mi coś w stylu naszej nowenny - zawiera bowiem modlitwy i kalendarzyk do odhaczania dni) oraz tą interesującą sutrę. Szczerze mówiąc trochę mnie ona skonsternowała, bo najpierw w ogóle jej nie skojarzyłem (co nie jest też jakąś wielką ujmą dla mnie, bo nie uważam się za znawcę buddyzmu), a potem nie mogłem się nigdzie jej doszukać. Teoretycznie powinna się zaliczać do jakiejś później uznanej sutry z Sutta Pitaka. Czyli nic mi to nie pomaga, bo jeśli nie ma Indyjskiego pochodzenia, to raczej ciężko ją by było znaleźć na jakiejś liście. Zaczyna się kazaniem Anandy dla zgrupowania 1250 istot. Chińska nazwa to 三世因果经. Dosłownie znaczy to mniej więcej "Sutra Trzech Generacji Karmy", lub zamiast "Karma" można by użyć "Przyczyny i Skutku" (co de facto jest bardziej literalnym tłumaczeniem znaków 因 i 果 - przyczyna i owoc, skutek). Z tego co znalazłem istnieją jej angielskie tłumaczenia, gdzie właśnie figuruje jako "Cause and Effect Sutra". Problem stanowi to, że pomimo swej gigantycznej popularności w Chinach (jej wersje dostępne są w każdej świątyni, nawet za darmo), to poza nimi, jak się orientowałem, jest znana jeszcze w Japonii (i mniemam, aczkolwiek nie znalazłem źródeł, że również w Korei).
Na chińskich forach z tego co sprawdzałem, niektórzy pytają się o to, czy jest to autentyczna sutra (w j. chińskim nazwa wskazuje na jej kanoniczność poprzez użycie 经). Większość, "głos ludu", który jednak nie jest jednoznaczny z opinią specjalistów, wskazuje, że nie ma co wątpić w jej ortodoksyjność. Zakładam jednak, że statystyczny chiński buddysta, niczym statystyczny polski katolik, ma małe pojęcie o krytyce/egzegezie pism, z których korzysta. Te ważniejsze głosy przebijające się gdzieniegdzie świadczą, że jest to heterodoksyjna sutra, powstała za dynastii Qing (chińskie i angielskie źródła o tym mówią), napisana przez mnicha, który prawdopodobnie nazywał się Fo Yao (to imię pojawiło się już tylko na angielskim forum i nie znalazłem go w chińskich źródłach i obawiam się, że to ślepy trop). Jednak chińskie sensus fidelium nie jest całkowicie mylne, gdyż jak jednak powtarza większość: pomimo swej heterodoksyjności i nie zaliczania się w zbiór sutr, nie jest sprzeczna z prawem (法) a jedynie nie prowadzi do takiego rozwoju jak inne pisma - jest dobra przy rozpoczęciu drogi (Buddy). Anglojęzyczne forum jest oczywiście bardziej sceptyczne i forumowicze zakładają wprost: jest to fałszywa sutra i przysłania dharmę (widać na zachodzie mamy jeszcze ten neoficki zapał ortodoksów buddyjskich :). Natrafiłem jednak w chińskiej sieci na krążący, przeklejany tekst o szkodliwości tej sutry, ale przypomina to bardziej anegdotyczne, niż rzeczywiście historyczno-krytyczne opracowanie. Coś pewnie jak nasze "natankowe" teksty o tym jak to w szkaplerzach Jezuitów są pentagramy i satanistyczne symbole :) Tak więc znalazłem w pewnym stopniu zadowalające odpowiedzi, aczkolwiek jeszcze chętnie będę śledził tą sprawę, gdyż zainteresowały mnie trochę bardziej dzieje tej "sutry" (szczerze mówiąc bardziej niż jej sama treść).
Ciekawy jest też druk na okładce, który prezentuje bardzo zainkulturowaną buddyjską ikonografię, inną niż ta obecna w buddyzmie tybetańskim. Ale może o tym kiedyś, jak się czegoś więcej dowiem.
Kolejna z próbek, które niedawno otrzymałem przy zaopatrywaniu się w czarne herbaty (został mi jeszcze dancong, na moje nieszczęście nie pamiętam jaki...).
Moje doświadczenie z hong cha, jak już kiedyś wspominałem jest ubogie, gdyż wydają mi się bardzo podobne. Poza może jakimiś bardzo wyjątkowymi herbatami, które zwalają z nóg, lub mają szczególnie wyróżniający się smak.
Nie mam też doświadczenia z Jin Jun Meiem. Poza tym, że byłem nim okazjonalnie częstowany w herbaciarniach. Nie posiadam szczegółowej wiedzy odnośnie tej herbaty - stricte encyklopedyczne, ogólnodostępne informacje. Stosunkowo młody gatunek herbaty - pierwszy raz produkcja ruszyła w 2005 roku. Nazwę bym przetłumaczył jako "złote brwi ogiera". Pochodzi z Wuyi, jak jej brat Xiazhong. Według Baidu regiony uprawy są na wysokości 1200-1800 m. n.p.m. Na pewno moja wersja nie jest z wysoko usytuowanych górskich ogrodów herbacianych. Pewnie jakieś młodsze plantacja z okolic Wuyi. Peryferyjna herbata z nizin. Nie oznacza to, że to coś złego. Już tereny od ok. 300 metrów w okolicach Wuyi, gdzie są plantacje tej herbaty są pod specjalną ochroną.
Liście wyglądają raczej regulaminowo. Długie, cienkie, pozawijane, bez włosków, złoto-brązowe. Nie wydaje mi się, żeby zapach był szczególnie wyróżniający się.
Po zaparzeniu przypominają długie brązowe igiełki. Spotkałem się z określeniem golden needles, ale jakoś nie przyszło mi to na myśl przy ich oglądaniu. Raczej bronze needles.
Napar również w kolorze brązu. Przypomina mi bardzo czerwoną miedź, bardzo cenioną jeśli chodzi o sztukę robienia kadzielnic.
Smak słodkawy, z cierpkością charakterystyczną dla hongcha. Kwiatowy, lekko korzenny. Przywodzi na myśl gorzkie przyprawy. Trochę drewniany.
Nigdy nie uważałem się za super miłośnika zielonych. Doceniam je i bardzo sobie cenie ich smak, jednak dla mnie zawsze był zbyt ulotny, efemeryczny. Nie mają potencjału ani na zbyt wiele parzeń, ani na przechowywanie. Są to herbaty chwili. Trzeba się z nimi delikatnie i dokładnie obchodzić. Dodatkowo w znacznej mierze wychładzają organizm, a ja lubię być raczej otulany ciepłą mgiełką herbaty. Oczywiście, miłe oku jest oglądanie całego spektaklu gdy w szklanym naczyniu tańczą młode pąki, a liście long jinga gonią się w wirze niczym smoki walczące na nieboskłonie. Szybko jednak w wyczerpaniu opadają na dno i wielu bitw nie są w stanie stoczyć. Nie to co wielkie, grube, puszyste liście puerowe z drzew, które pamiętają jeszcze ostatnich cesarzy, upadki i powstawania nowych dynastii. Stojące pośród popękanych skał i pustych świątyń. Dostojne w swej postawie, spokojne i przede wszystkim cierpliwie. Ich korzenie już niejedne fundamenty skruszyły i niejedno pokolenie farmerów jeszcze przetrwa.
Nie potrafię odnaleźć tej szlachetności i mądrości w młodej herbacie (chyba, że mowa o matcha i koicha, ale wtedy to co nadaje sens herbacie to cała rytualna oprawa i, przede wszystkim, spotkanie osób, tworzenie communitas, przypominające wręcz agape). Potrafię docenić jednak ich świerzość i wkład pracy producentów herbaty, czy wręcz gospodarzy (określenie "producent" niesie ze sobą zbyt dużo skojarzeń z uprzemysłowioną, zmechanizowaną pracą, a tu mamy do czynienia bardziej ze współ-pracą, relacją personalną pomiędzy rolnikiem a ziemią, dającą swoje owoce w zamian za opiekę nad nią). Na myśl przychodzą mi do głowy od razu słowa wypowiedziane przez rolnika z Tajwanu w "The Meaning of Tea":
Ten powrót do natury przy czarce z herbaty jest tutaj w Chinach pewnym wybawieniem. Przede wszystkim od zgiełku, hałasu, zanieczyszczenia (śmieciami, dźwiękiem, światłem), betonu, stali. Miasta niczym żywe organizmy rosną i przesuwają się. Czasem jakieś fragmenty wewnątrz starzeją się, usychają, wyludniają i na końcu umierają, by na ich miejscu powstała nowa tkanka miejska w postaci centrów handlowych czy trzydziesto-piętrowych budynków mieszkalnych.
Herbata daje luksus powrotu do natury. Do pierwotnego miejsca spotkania człowieka z ziemią, dawczynią życia. Daje ona człowiekowi pożywienie, jak i schronienie. W pierwotnych wspólnotach ludzkich oranie ziemi było tabu, wiązało się z gwałceniem, przemocą na matce, która daje życie i karmi. Nie trzeba się odwoływać do mądrości chińskich klasyków. Na rodzimym gruncie Tischner zauważył problem wiążący się z zagrożeniem ze strony współczesnego społeczeństwa, które gwałtem wydziera ziemi jej owoce, tworząc z niej fabrykę, a w relacjach z człowiekiem prowadzi do jej całkowitej reifikacji. Nie można już mówić o współpracy. Ziemia zostaje zagłuszona i zamknięta pod grubymi warstwami betonu. Rzadko możemy dostrzec gdzieś jakiś przebłysk nadziei. Choćby dzisiaj znalazłem na mojej zapylonej, zabetonowanej i ogrodzonej murami ulicy pęki poziomek.
Kończąc już mój rage przeciwko chińskiej urbanistyce będę przechodził do konkretnej herbaty. Aczkolwiek mógłbym wtrącić swoje trzy grosze odnośnie ekonomii i rynku herbat. Powstrzymując się jednak od ocen podaję linka do mojego tekstu o herbatach mingqian i dodam, że w tym roku zbiory zaczęły się wyjątkowo wcześnie, ze względu na ładną pogodę (uśmiecham się tutaj do moich czytelników w Polsce). Zatem nie dość, że mamy herbat więcej, to popyt mniejszy, ceny niższe. Dobrze dla nas, źle dla rolników. Niestety - ktoś zyskuje, ktoś traci. Równowaga musi być.
W swoich zbiorach miałem dwie próbki Bi Luo Chuna. Jedna spora na dwie porcje, pierwsze zbiory mingqian (jeden pączek, bez listków) z nizinnych okolic Taihu. Dzisiejsza próbka, którą musiałem zużyć w całości, była już z wyższych regionów. Liście bardzo drobne, pięknie zwinięte jak maleńkie ślimaczki, pokryte delikatnym puchem.
Liście wrzucam oczywiście do naczynia napełnionego wodą, gdyż są bardzo delikatne i zalewanie ich bezpośrednio strumieniem gorącej wody mogłoby je uszkodzić. Przez chwilę robię delikatne koliste ruchy naczyniem, by liście jak najdłuższą drogą wędrowały na dno. Następnie przelewam wszystko do przygotowanego gongdaobeia. W pierwszych parzeniach nie korzystam z sitka, więc oczywiście wpadają mi pojedyncze pączki herbaciane.
Aromat jak i smak niesłychanie świeży. W moim odczuciu bardziej kwiatowy niż owocowy. Bardzo intensywny (stąd w końcu nazwa). Wyczuwam delikatny zapach świeżej ryby. Kojarzy mi się lekko z tranem. Nie jest to jednak irytująca rybia woń, raczej miłe wspomnienie wody i ryb. Niekoniecznie morski - może jezioro, staw. Flora wodna. Można to porównać do spaceru po parku - woda, trzcina, lilie, ryby zmierzające w nieodgadnionych kierunkach; z drugiej strony młoda trawa, kwiaty.
Przerzuciłem się również z ruyao na porcelanę, gdyż lepiej widać zmiany w herbacie, jak i, uważam, nadaje lepszego nastroju.
nie morskie bałwany
lecz bystry potok z Qinling
szumi w głowie
Udało mi się wyciągnąć dużo parzeń. Ale to już moje przyzwyczajenie. Uważam, że dobrze zatrzymać się na czterech. Może pozostać niedosyt, ale przecież o to chodzi. Herbata powinna być naparem prostym, nie aroganckim (co zarzucał zachodniej kulturze wina Okakura Kakuzo). Daje nam z siebie wszystko w kilku łykach. Od naszego serca zależy to, czy będziemy potrafili to odkryć. Siłą tego nie wydrzemy. Jeśli nasze myśli będą daleko, będziemy rozkojarzeni, zdenerwowani, niecierpliwi, herbata z najwyższej półki nas nie zaspokoi.
Ostatnio zaopatrzyłem się w dwa starsze Tie Guan Yin (nie licząc w kugua). Jeden 5, drugi 7 letni. Obu smakowałem w herbaciarni, jednak nie za wiele spamiętałem z moich wrażeń.
Dzisiaj przetestowałem 7 letniego. Oba są prażona w bardzo niskim stopniu. Zaledwie podprażane co roku, żeby podtrzymywały smak i żeby nie kwaśniały przez nagromadzenie wilgoci. Sądzę, że w Krakowie ten proces nie będzie potrzebny.
Liście w rozgrzanym naczyniu z palonej duan ni mają intensywny słodkawy zapach. Delikatnie czekoladowy. Może bardziej jak owoce w czekoladzie. Słodkie i lekko kwaskowate.
Smak kwiatowy. Znajoma powiedziała, że lekko orzechowy. Bliżej mu zielonym, świeżym TGY niż prażonym. Delikatne prażenie bardziej wzbogaca smak. Nie wydaje się, żeby zabijał tradycyjny smak TGY. Raczej dodaje mu pewnych walorów, elementów, których wcześniej nie miał. Bardziej bym mówił o mlecznej czekoladzie niż ciężkiej, gorzkiej. Pozostaje mleczna delikatność wulonga.
Przy dłuższym parzeniu pojawia się delikatna goryczka. Gdy potrzymać herbatę dłużej w ustach pojawia się znienacka szokująca nuta. To musi być wędzona ryba. Zdecydowanie smak podwędzanego dymionego łososia lub makreli. Jest połączone z delikatną goryczką utrzymującą się na samym tyle języka i w gardle.
Liście można potrzymać trochę dłużej, żeby wyciągnąć więcej z tej herbaty. Pojawi się goryczka, lecz jeśli będzie to jedno z późniejszych parzeń, cierpkość nie będzie dokuczliwa. Jest to bardzo dobra herbata, ale chyba nie ma potrzeby wyciągania więcej niż 10 parzeń.