Ostatnio mam problemy z zebraniem się do terminowego blogowania.
Później mam niemałe problemy z odtworzeniem wpisu, z racji tego, że pierwsze doznania z picia herbaty ulegają rozpłynięciu. A notatki nie zawsze są pomocne. Zwłaszcza jak są w enigmatycznej formie:
"trochę ryby
mniej żywy
metaliczny"
No i człowiek po dwóch tygodniach głowi się, żeby wyciągnąć coś z tego. A była to moja ostatnia próbka nizinnego biluochuna, więc nawet nie jestem w stanie odświeżyć sobie pamięci kilkoma czarkami.
Zapamiętałem, że był mniej subtelny od próbki mingqian z wyższych partii. Możliwe, że też dlatego, że przeleżał już swoje w zamknięciu, które bynajmniej nie było hermetyczne... Kolor nie był już tak zielony, a i ilość pyłku była trochę mniejsza - co już ma pewnie związek z niższym gradem herbaty (wybaczcie potworne anglicyzmy).
Liście biluochuna wsypuję do ostudzonej wody, żeby swobodnie opadały na dno.
Napar delikatnie słomkowy, z prześwitami zieleni (której zdjęcie nie ukazuje)
Przy kolejnym parzeniu można przyjrzeć się dokładnie liściom. Widać, że to nie ta sama jakość co w przypadku tych wysokiej jakości z poprzedniego wpisu. Troszkę gorsza selekcja. Również pączki, jednak nie są bez skaz.
Na pewno jest to bardzo dobry, wysokiej jakości biluochun, ale niestety nie najwyższa półka.
Teraz jeszcze na koniec wpis o bardzo przydatnym urządzeniu. Swojego czasu podobny wynalazek był na eherbata.pl. Właścicielem patentu jest świetny producent akcesoriów do herbaty (między innymi) KAMJOVE. Mam też tej firmy czajniczek z płytką indukcyjną, które bardzo sobie chwalę. Kontynuując. Tak zwany PRESS ART TEA CUP TP-320, pojemność 300 mililitrów. W tym momencie nawet nie pamiętam ile na niego wydałem - niedużo. Sądzę, że nie więcej jak 30 zł. Możliwe, że nawet 15, bo nie pamiętam, czy to była większa, czy mniejsza wersja. Zaparzacz jest ze spustem. Więc wystarczy w odpowiednim momencie wcisnąć przycisk umiejscowiony na górze, by zwolnić blokadę, co pozwala na przelanie się naparu na spód dzbanka, pozostawiając liście w górnym zbiorniczku. "Gaiwan instant" bez rozlewania herbaty po książkach i biurku. Więc jeśli nie macie religijnych uprzedzeń przed stycznością plastiku z herbatą, to gorąco polecam ;)
Wygodne przy parzeniu TGY. Średniej jakości - nie najwyższa klasa, ale też nie z tych, co sprzedają w tutejszych supermarketach.
A ja tymczasem znów odrywam się na jakiś czas od bloga, bo niestety praca magisterska sama się nie napisze.
Nigdy nie uważałem się za super miłośnika zielonych. Doceniam je i bardzo sobie cenie ich smak, jednak dla mnie zawsze był zbyt ulotny, efemeryczny. Nie mają potencjału ani na zbyt wiele parzeń, ani na przechowywanie. Są to herbaty chwili. Trzeba się z nimi delikatnie i dokładnie obchodzić. Dodatkowo w znacznej mierze wychładzają organizm, a ja lubię być raczej otulany ciepłą mgiełką herbaty. Oczywiście, miłe oku jest oglądanie całego spektaklu gdy w szklanym naczyniu tańczą młode pąki, a liście long jinga gonią się w wirze niczym smoki walczące na nieboskłonie. Szybko jednak w wyczerpaniu opadają na dno i wielu bitw nie są w stanie stoczyć. Nie to co wielkie, grube, puszyste liście puerowe z drzew, które pamiętają jeszcze ostatnich cesarzy, upadki i powstawania nowych dynastii. Stojące pośród popękanych skał i pustych świątyń. Dostojne w swej postawie, spokojne i przede wszystkim cierpliwie. Ich korzenie już niejedne fundamenty skruszyły i niejedno pokolenie farmerów jeszcze przetrwa.
Nie potrafię odnaleźć tej szlachetności i mądrości w młodej herbacie (chyba, że mowa o matcha i koicha, ale wtedy to co nadaje sens herbacie to cała rytualna oprawa i, przede wszystkim, spotkanie osób, tworzenie communitas, przypominające wręcz agape). Potrafię docenić jednak ich świerzość i wkład pracy producentów herbaty, czy wręcz gospodarzy (określenie "producent" niesie ze sobą zbyt dużo skojarzeń z uprzemysłowioną, zmechanizowaną pracą, a tu mamy do czynienia bardziej ze współ-pracą, relacją personalną pomiędzy rolnikiem a ziemią, dającą swoje owoce w zamian za opiekę nad nią). Na myśl przychodzą mi do głowy od razu słowa wypowiedziane przez rolnika z Tajwanu w "The Meaning of Tea":
Ten powrót do natury przy czarce z herbaty jest tutaj w Chinach pewnym wybawieniem. Przede wszystkim od zgiełku, hałasu, zanieczyszczenia (śmieciami, dźwiękiem, światłem), betonu, stali. Miasta niczym żywe organizmy rosną i przesuwają się. Czasem jakieś fragmenty wewnątrz starzeją się, usychają, wyludniają i na końcu umierają, by na ich miejscu powstała nowa tkanka miejska w postaci centrów handlowych czy trzydziesto-piętrowych budynków mieszkalnych.
Herbata daje luksus powrotu do natury. Do pierwotnego miejsca spotkania człowieka z ziemią, dawczynią życia. Daje ona człowiekowi pożywienie, jak i schronienie. W pierwotnych wspólnotach ludzkich oranie ziemi było tabu, wiązało się z gwałceniem, przemocą na matce, która daje życie i karmi. Nie trzeba się odwoływać do mądrości chińskich klasyków. Na rodzimym gruncie Tischner zauważył problem wiążący się z zagrożeniem ze strony współczesnego społeczeństwa, które gwałtem wydziera ziemi jej owoce, tworząc z niej fabrykę, a w relacjach z człowiekiem prowadzi do jej całkowitej reifikacji. Nie można już mówić o współpracy. Ziemia zostaje zagłuszona i zamknięta pod grubymi warstwami betonu. Rzadko możemy dostrzec gdzieś jakiś przebłysk nadziei. Choćby dzisiaj znalazłem na mojej zapylonej, zabetonowanej i ogrodzonej murami ulicy pęki poziomek.
Kończąc już mój rage przeciwko chińskiej urbanistyce będę przechodził do konkretnej herbaty. Aczkolwiek mógłbym wtrącić swoje trzy grosze odnośnie ekonomii i rynku herbat. Powstrzymując się jednak od ocen podaję linka do mojego tekstu o herbatach mingqian i dodam, że w tym roku zbiory zaczęły się wyjątkowo wcześnie, ze względu na ładną pogodę (uśmiecham się tutaj do moich czytelników w Polsce). Zatem nie dość, że mamy herbat więcej, to popyt mniejszy, ceny niższe. Dobrze dla nas, źle dla rolników. Niestety - ktoś zyskuje, ktoś traci. Równowaga musi być.
W swoich zbiorach miałem dwie próbki Bi Luo Chuna. Jedna spora na dwie porcje, pierwsze zbiory mingqian (jeden pączek, bez listków) z nizinnych okolic Taihu. Dzisiejsza próbka, którą musiałem zużyć w całości, była już z wyższych regionów. Liście bardzo drobne, pięknie zwinięte jak maleńkie ślimaczki, pokryte delikatnym puchem.
Liście wrzucam oczywiście do naczynia napełnionego wodą, gdyż są bardzo delikatne i zalewanie ich bezpośrednio strumieniem gorącej wody mogłoby je uszkodzić. Przez chwilę robię delikatne koliste ruchy naczyniem, by liście jak najdłuższą drogą wędrowały na dno. Następnie przelewam wszystko do przygotowanego gongdaobeia. W pierwszych parzeniach nie korzystam z sitka, więc oczywiście wpadają mi pojedyncze pączki herbaciane.
Aromat jak i smak niesłychanie świeży. W moim odczuciu bardziej kwiatowy niż owocowy. Bardzo intensywny (stąd w końcu nazwa). Wyczuwam delikatny zapach świeżej ryby. Kojarzy mi się lekko z tranem. Nie jest to jednak irytująca rybia woń, raczej miłe wspomnienie wody i ryb. Niekoniecznie morski - może jezioro, staw. Flora wodna. Można to porównać do spaceru po parku - woda, trzcina, lilie, ryby zmierzające w nieodgadnionych kierunkach; z drugiej strony młoda trawa, kwiaty.
Przerzuciłem się również z ruyao na porcelanę, gdyż lepiej widać zmiany w herbacie, jak i, uważam, nadaje lepszego nastroju.
nie morskie bałwany
lecz bystry potok z Qinling
szumi w głowie
Udało mi się wyciągnąć dużo parzeń. Ale to już moje przyzwyczajenie. Uważam, że dobrze zatrzymać się na czterech. Może pozostać niedosyt, ale przecież o to chodzi. Herbata powinna być naparem prostym, nie aroganckim (co zarzucał zachodniej kulturze wina Okakura Kakuzo). Daje nam z siebie wszystko w kilku łykach. Od naszego serca zależy to, czy będziemy potrafili to odkryć. Siłą tego nie wydrzemy. Jeśli nasze myśli będą daleko, będziemy rozkojarzeni, zdenerwowani, niecierpliwi, herbata z najwyższej półki nas nie zaspokoi.