wtorek, 16 kwietnia 2013

Lao Tie Guanyin 2008

Nie mogę się pochwalić zbyt wielkimi doświadczeniami z LTG, niestety. Nadal piłem ich zbyt mało, żeby mieć większe rozeznanie, jak choćby przy sheng puerach, yancha czy zielonych, które przepiłem już (hekto?)litrami. Czarnych nie liczę, bo poza zalewajkami rzadko mam z nimi do czynienia.

Od pobytu w Chinach trochę zwiększyłem swoje doświadczenie, jeśli chodzi o LTG, który na rodzimym rynku jest raczej niedostępny. Wszedłem w posiadanie zaledwie trzech rodzajów, ale przepiłem go trochę więcej w herbaciarniach. Przypadł mi bardziej do gustu, niż standardowy, świeży, zielony TGY, który jest o niskim stopniu oksydacji i tylko minimalnie podprażany (jako standardowy element produkcji).




Pięcioletni TGY wydaje się być bardziej palony, niż jego starszy poprzednik. Ma słodszy, miodowy zapach. Aromat wskazuje zdecydowanie na bardziej prażony (przez podkreślenie chcę zwrócić uwagę na bardzo mocne podkreślenie tego znaczenie, ze szczególnym uwzględnieniem zapachu dymu i węgla drzewnego, oraz słodkiego zapachu palonych liści, który tak bardzo lubię). Zawsze się zastanawiam skąd bierze się taki cudowny aromat przy paleniu herbaty, dosłownie jakby podczas prażenia z liści sączyła się cukrowa rosa, albo jakby ktoś wrzucał do każdego kosza przy transporcie liści po plastrze miodu.




Pomimo "gorszej" jakości tego LTGY (gorszej, gdyż sprzedawczyni zapewniała mnie, że pomimo iż oba są dobre, starszy jest na pewno lepszy i ona osobiście go preferuje - cena nieznacznie różna, więc to nie gra większej roli) chyba bardziej przypada mi do gustu. Aczkolwiek, jak już kiedyś (czy było to zaledwie jeden/dwa wpisy temu), wspominałem mocniejsze prażenie herbaty, aczkolwiek wiąże się z ryzykiem zupełnego jej zepsucia i jest ryzykowne, jest też sposobem na ulepszenie jej, jeśli ma mało interesujący smak - poprzez wyciągnięcie z niej tej słodkości i dodatek miłego dymnego charakteru (pod warunkiem, że nie jest totalnie spalona, co też się zdarza - ale o tej anegdocie wspomnę kiedy indziej). 



Napar nie jest szczególnie ciemny, acz wydaje mi się mocniejszy niż w przypadku 7 letniego LTGY. Zachowuje się słodki posmak miodu i karmelu. Tieguaninowe, owocowo-kwiatowe nuty są mniej obecne niż w poprzedniku. Co niektórzy mogą policzyć za minus tej herbacie.




(teraz będzie trochę dłuższy akapit, więc jak nie interesuje was buddyzm w Chinach, to możecie spokojnie ominąć :)

Jeszcze szybki (powiedzmy...) wtręt. W małej buddyjskiej świątyni, o której wspomniałem przy poście o Qing Ming, w ramach bierz-co-chcesz-za-co-łaska odkopałem ze stosu różnych książeczek, książek, kalendarzy, płyt CD, itp. kilka zeszycików z modlitwami, coś co jeszcze będę musiał zidentyfikować (ale przypomina mi coś w stylu naszej nowenny - zawiera bowiem modlitwy i kalendarzyk do odhaczania dni) oraz tą interesującą sutrę. Szczerze mówiąc trochę mnie ona skonsternowała, bo najpierw w ogóle jej nie skojarzyłem (co nie jest też jakąś wielką ujmą dla mnie, bo nie uważam się za znawcę buddyzmu), a potem nie mogłem się nigdzie jej doszukać. Teoretycznie powinna się zaliczać do jakiejś później uznanej sutry z Sutta Pitaka. Czyli nic mi to nie pomaga, bo jeśli nie ma Indyjskiego pochodzenia, to raczej ciężko ją by było znaleźć na jakiejś liście. Zaczyna się kazaniem Anandy dla zgrupowania 1250 istot. Chińska nazwa to 三世因果经. Dosłownie znaczy to mniej więcej "Sutra Trzech Generacji Karmy", lub zamiast "Karma" można by użyć "Przyczyny i Skutku" (co de facto jest bardziej literalnym tłumaczeniem znaków 因 i 果 - przyczyna i owoc, skutek). Z tego co znalazłem istnieją jej angielskie tłumaczenia, gdzie właśnie figuruje jako "Cause and Effect Sutra". Problem stanowi to, że pomimo swej gigantycznej popularności w Chinach (jej wersje dostępne są w każdej świątyni, nawet za darmo), to poza nimi, jak się orientowałem, jest znana jeszcze w Japonii (i mniemam, aczkolwiek nie znalazłem źródeł, że również w Korei). 
Na chińskich forach z tego co sprawdzałem, niektórzy pytają się o to, czy jest to autentyczna sutra (w j. chińskim nazwa wskazuje na jej kanoniczność poprzez użycie 经). Większość, "głos ludu", który jednak nie jest jednoznaczny z opinią specjalistów, wskazuje, że nie ma co wątpić w jej ortodoksyjność. Zakładam jednak, że statystyczny chiński buddysta, niczym statystyczny polski katolik, ma małe pojęcie o krytyce/egzegezie pism, z których korzysta. Te ważniejsze głosy przebijające się gdzieniegdzie świadczą, że jest to heterodoksyjna sutra, powstała za dynastii Qing (chińskie i angielskie źródła o tym mówią), napisana przez mnicha, który prawdopodobnie nazywał się Fo Yao (to imię pojawiło się już tylko na angielskim forum i nie znalazłem go w chińskich źródłach i obawiam się, że to ślepy trop). Jednak chińskie sensus fidelium nie jest całkowicie mylne, gdyż jak jednak powtarza większość: pomimo swej heterodoksyjności i nie zaliczania się w zbiór sutr, nie jest sprzeczna z prawem (法) a jedynie nie prowadzi do takiego rozwoju jak inne pisma - jest dobra przy rozpoczęciu drogi (Buddy). Anglojęzyczne forum jest oczywiście bardziej sceptyczne i forumowicze zakładają wprost: jest to fałszywa sutra i przysłania dharmę (widać na zachodzie mamy jeszcze ten neoficki zapał ortodoksów buddyjskich :). Natrafiłem jednak w chińskiej sieci na krążący, przeklejany tekst o szkodliwości tej sutry, ale przypomina to bardziej anegdotyczne, niż rzeczywiście historyczno-krytyczne opracowanie. Coś pewnie jak nasze "natankowe" teksty o tym jak to w szkaplerzach Jezuitów są pentagramy i satanistyczne symbole :) Tak więc znalazłem w pewnym stopniu zadowalające odpowiedzi, aczkolwiek jeszcze chętnie będę śledził tą sprawę, gdyż zainteresowały mnie trochę bardziej dzieje tej "sutry" (szczerze mówiąc bardziej niż jej sama treść).

Ciekawy jest też druk na okładce, który prezentuje bardzo zainkulturowaną buddyjską ikonografię, inną niż ta obecna w buddyzmie tybetańskim. Ale może o tym kiedyś, jak się czegoś więcej dowiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz